Kategorie: Wszystkie | czytaj | jedz | oglądaj | przeżywaj | tańcz
RSS
środa, 19 maja 2010
Spokojny wieczór europejski

Epidemia choroby nie-mam-czasu dopadła i mnie. Śliczny stosik książek pokrywa się kurzem, mimo pogody sprzyjającej wyłącznie leżeniu z herbatką i jakimś grubym tomem pod kocykiem. Nawet audiobook mi nie wchodzi — słucham "Gildii magów" i o ile treść jest ciekawa, to lektorka przyprawia mnie o zgrzytanie zębów. W poniedziałek dopadło mnie szczęście w postaci wolnego popołudnia, niejako przymusowe, bo z powodu całkowicie nieprzespanej nocy nie bardzo nadawałam się do jakichkolwiek zajęć, niestety do czytania również. Na szczęście drętwe wpatrywanie się w ekran wychodziło mi nawet nieźle, dzięki czemu miałam okazję zaliczyć dwie od dawna czekające na obejrzenie produkcje.

Miałam poważne obawy co do "Mikołajka" — wychowałam się na tej serii i przeniesienie tych krótkich celnych opowiadanek na ekran wydawało mi się zadaniem mało prawdopodobnym. Obejrzany zwiastun mnie nie zachwycił, więc nie nastawiałam się za bardzo. Do kina się nie wybrałam, bo unikam oglądania filmów dubbingowanych (z wyjątkiem jedynie-słusznie zdubbingowanego "Shreka"), a w domu mogłam się do woli delektować językiem francuskim.

Zostałam mile zaskoczona, film jest naprawdę uroczy i zabawny. Dzieciaki zostały doskonale dobrane i fantastycznie zagrały,  film ma też niezwykle dopracowane pod względem plastycznym zdjęcia. Historia jest zgrabnie ułożona — Mikołajek dowiaduje się, że jednemu z jego kolegów, Joachimowi, właśnie urodził się braciszek, który angażuje całą uwagę rodziców. Zaczyna podejrzewać, że sam również może spodziewać się w domu podobnej niespodzianki, czemu ze wszystkich sił, swoich i kolegów, decyduje się zapobiec — a to generuje mnóstwo zabawnych przygód. W tym samym czasie Tata Mikołajka stara się zdobyć podwyżkę, a Mama prawo jazdy, nauczycielka próbuje wtłoczyć w małe łebki trochę wiedzy o rzekach Francji,  Alcest zjada co się da, Kleofas nieustannie ląduje w kącie, Gotfryd chwali się swoim bogatym ojcem, Ananiasz podlizuje się pani (niemniej jest tu o wiele sympatyczniejszy niż w książce), a Rosół stara się zaprowadzić porządek.

Można mieć pewne "ale": dla wielbicieli książek całość będzie, mimo wiernych detali, mało "mikołajkowa", bo sam główny bohater chyba najmniej przypomina oryginał — jest zbyt ugrzeczniony. Niemniej, ja nie narzekam, tylko polecam, i dorosłym i dzieciom.

Mikołajek / Le petit Nicolas, 2009
reż. Laurent Tirard

 


Cichy chaos" też swoje odleżał i odczekał. Troche się bałam, że ze względu na tematykę będzie depresyjny, ale nic z tego. Jest bardzo spokojny — tytuł doskonale oddaje treść — włoskiego temperamentu w nim nie uświadczysz.

Główny bohater, Pietro,  ratuje na plaży życie obcej kobiecie i w tym samym czasie traci żonę, która umiera nagłą śmiercią. Zostaje sam z córeczką, Claudią. Nie potrafi sobie poradzić ze swoimi emocjami, boi sie o córkę i stara się być dla niej oparciem. Dotąd był raczej niedzielnym ojcem, stale zajetym pracą w dużej korporacji. Żeby okazać córce, że zawsze będzie przy niej, odporowadza ją do szkoły i obiecuje czekać przez cały czas na skwerku. I czeka. Tak samo następnego dnia, i następnego. Nie pojawia się w pracy, nie robi właściwie nic konkretnego, czeka, siedzi na ławce, spaceruje, macha do córeczki wyglądającej przez okno. Chaos w głowie stara się ukoić robieniem list: lista domów, w których dotąd mieszkał, lista linii lotniczych, którymi latał. Stopniowo wzburzone myśli jednak cichną. Powoli wszyscy przywykają do tego sposobu przezywania żaloby, sekretarka dowozi mu na skwerek papiery do podpisania, koledzy w garniturach przychodzą rozmawiać o ważnej fuzji, która zaprzata głowy wszystkim (poza Pietrem), zjawia się brat, szwagierka, znajomi. Przychodzą i odchodzą, a Pietro czeka.

Nie ma w tym filmie żadnej odkrywczej porady, łatwego pokrzepienia. Jest prosta myśl, że czasem trzeba poczekać, zatrzymać sie, usiąść,  porozglądać. Przewietrzyć swoje priorytety. Zwrócić uwagę na drobiazgi, których zwykle się nie zauważa. Pobyć z innymi. Aż w końcu będzie można ruszyć dalej.

Bardzo ciepły i wyciszający film, z miłymi włoskimi akcentami (bohater popija espresso, podjada pastę, zresztą jeśli z kims o czyms ważnym rozmawia, to tylko przy jedzeniu, dopóki nie pojawia się gość z zagranicy, który upiera się przy rozmowie w samochodzie)  i polskimi niespodziankami w postaci Roberta Polańskiego i Kasi Smutniak.

Cichy chaos / Caos calmo, 2008
reż. Antonio Luigi Grimaldi

sobota, 08 maja 2010
Tym razem dla dzieci

Ostatnio obejrzałam zdumiewającą, biorąc pod uwagę fakt nieposiadania potomstwa, liczbę filmów dla dzieci. Podaję w  kolejności zgodnej z moją oceną:

SERIA NIEFORTUNNYCH ZDARZEŃ

Uwielbiam całą serię książek Lemony'ego Snicketa "The Series of Unfortunate Events", pełną cudownego absurdalnego humoru, z przewrotną historią, wciągającą tajemnicą i nieprawdopodobnymi pomysłami.  Nie czytałam polskiego tłumaczenia, ale obawiam się, że w polskiej wersji książka wiele traci, bo składa się w dużej mierze z nieprzetłumaczalnych angielskich gier językowych. Polecam więc przede wszystkim tym, którzy mogą zmierzyć się z oryginałem - mimo że adresowana jest dla dzieci, podejrzewam, że to dorośli mogą odkryć w niej więcej smaczków.

Ale zasadniczo miało być o filmie, który jest ekranizacją trzech pierwszych tomów: Rodzeństwo Baudelaire, Violet, Klaus i Sunny, zostają sierotami, kiedy ich rodzice giną w tajemniczym pożarze. Trafiają do hrabiego Olafa, który okazuje się czyhać tylko na fortunę odziedziczona przez rodzenstwo i posunie się do każdej podłości by ją zdobyć. Mimo że dzieciom udaje sie wyrwać spod jego "opieki", to nie koniec ich kłopotów. Kolejność wydarzeń w filmie nieco zmieniono i nie może równać się, moim zdaniem, z pierwowzorem, niemniej jest dobry, a do tego zachwyca wizualnie. Spodoba się nie tylko wielbicielom książek.

FANTASTYCZNY PAN LIS

Film powstał na podstawie powieści Roalda Dahla, co moim zdaniem samo w sobie gwarantuje wysoki poziom (uwielbiam jego książki). Tytułowy Mr. Fox i jego żona w młodości prowadzili wysoce ryzykowny żywot, wykradając kury i inszy drób z gospodarstw wiejskich. Ustatkowali się, kiedy na świecie pojawił się ich pierworodny, Ash. Jednak kiedy syn podrósł Mr. Fox, przechodząc chyba kryzys wieku średniego, zatęsknił za podniesioną adrenaliną i postanowił w tajemnicy przed żoną powrócić do dawnego procederu, co okazało się mieć niezwykle daleko idące konsekwencje. W dodatku, Ash czuje się niedoceniany przez rodziców, a w domu zjawia się konkurent - naturalnie uzdolniony kuzyn Kristofferson.

Zdumiewająco mało hollywoodzka bajka, wykonana techniką stop-motion, czyli wizualnie Miś Uszatek XXI wieku, a fabularnie Ocean's Eleven. Dialogi, fenomenalnie zdubbingowane przez m.in. George'a Clooney'a i Meryl Streep, zupełnie nie przypominają typowych bajek dla dzieci i równie dobrze mogłyby znaleźć się w filmie obyczajowym, zwłaszcza te dotyczące relacji bohaterów z latoroślą, oraz kontaktów między Ashem a kuzynem. Na ogół nie lubię bajek o zwierzątkach poprzebieranych za ludzi, ale tym razem dałam się uwieść.

KUNG FU PANDA

Bajka, która zupełnie nie zainteresowała mnie, kiedy weszła do kin, bo historia misia pandy walczącego kung fu wydawała mi się bardzo mało pociągająca (zwierzątka przebrane za ludzi po raz kolejny), okazała się gigantycznym zaskoczeniem - to chyba jedna z najlepszych animacji, jakie widziałam (tu należy uwzględnić fakt, że jestem fanką klimatów przyczajonych tygrysów i ukrytych smoków).

Sympatyczna, ale bardzo łakoma i niezdarna panda imieniem Po śni o byciu mistrzem kung fu. Nieprawdopodobny przypadek sprawia, że zostaje uznana za Smoczego Wojownika, mistrza sztuki walki, który będzie zmuszony obronić swoją wioskę przed okrutnym i mściwym Tai Lungiem. Mimo że historii "od zera do bohatera" było już wiele, ta została przedstawiona wyjątkowo wdzięcznie, wizualnie jest urokliwa, ma świetną ścieżkę muzyczną i mnóstwo poczucia humoru. W dodatku nie zauważyłam tu nieustannego puszczania oczka do dorosłego widza, jak to bywa coraz częściej w przypadku animacji dla dzieci, na zasadzie "dziecko nie zrozumie, a ty się pośmiej, rodzicu", historia jest po prostu na tyle uniwersalna, że trafi do widzów w każdym wieku.

KSIĘŻNICZKA I ŻABA

To kolejne zaskoczenie, bo po tak oklepanym temacie nie spodziewałam się wiele - jedynym oryginalnym elementem miał być kolor skóry księżniczki. Tymczasem historia Tiany to bynajmniej nie banalna opowieść o dziewczęciu czekającym na księcia. Tiana, zwykła niebogata młoda dziewczyna, wcale nie czeka na księcia, bo wie, że tylko własna ciężka praca pozwoli jej zmienić swoje życie. Haruje więc ciężko by uzbierać środki na otwarcie własnej restauracji. Przypadkiem trafia na bal na którym mają się odbyć zaręczyny jej przyjaciółki z dzieciństwa, bogatej Charlotty, z księciem Naveen, przystojnym i utytułowanym, ale niezbyt odpowiedzialnym młodzieńcem. Tam natyka się na pewną żabę, która prosi o pocałunek, z oporami spełnia jej prośbę i... wpada w gigantyczne tarapaty. Historia rozgrywa się w latach 20. XX wieku w Nowym Orleanie, przy obłędnym muzycznym podkładzie.  Wizualnie film jest zachwycająco dopracowany, mimo że wykonany w tradycyjnej technice, na głowę bije wszelkie 3D. Przypomniał mi takiego Disney'a, na jakim się wychowałam.

ASYSTENT WAMPIRA


Dwóch młodych przyjaciół, Darren i Steven, trafia pewnego wieczoru na przedstawienie Cyrku Odmieńców (najlepsza scena filmu). Zafascynowany wampirami Steven rozpoznaje w gospodarzu przedstawienia, Creapsley'u, jednego z nich, uwagę Darrena przyciąga natomiast gigantyczny pająk Madame Octa. Wkrótce potem Steven zostaje ugryziony przez pająka, a Darren, aby ratować mu życie, zgadza się zostać wamiprem i asystentem Creapsley'a oraz zamieszkać w cyrku. Uzdrowiony Steven zazdrości mu tego losu (sic!), co sprowadza go na bardzo złą drogę...

Film nakręcono ponoć na podstawie trzech pierwszych części serii książek Darrena Shana - nie czytałam, ale podejrzewam, że wersja literacka może być lepsza niż filmowa. Na ekranie historia wydaje się całkowicie nieprawdopodobna (nie, wampiry nie są nieprawdopodobne same w sobie. W świecie fantazji wszystko jest prawdopodobne, ale zależy jak podane), wydarzenia pędzą bez składu i ładu, wyglądają jak seria kolorowo migających obrazków i trudno którekolwiek wydarzenie głębiej przeżyć, o utożsamieniu się z bohaterami nie wspominając. Nie udało się tutaj to, co powiodło się w przypadku Snicketa - streszczenie trzech tomów w dwie godziny, a w dodatku odmalowanie absurdalnego świata w sposób wiarygodny. Mimo kilku zabawnych scen i kilku udanych rozwiązań plastycznych, jest to film, którego oglądanie można sobie odpuścić. No, ewentualnie można zerknąć na Salmę Hayek z brodą...

środa, 28 kwietnia 2010
A thing of heart-stopping beauty

Obiecałam sobie, że będę wrzucać więcej recenzji książkowych, a mniej filmowych, co jest trudne, bo filmy jednak ogląda się szybciej, a co za tym idzie w większej ilości (zwłaszcza jeśli najbardziej lubi się książki pięciusetstronicowe). Inaczej będę zmuszona zmienić tytuł bloga na Jedz, tańcz i oglądaj ;) Ale złamię się znowu i nie dość, że napiszę o filmie, to o takim, którego jeszcze nie oglądałam. Po prostu muszę się tym z kimś podzielić. Mowa o "The Single Man" w rezyserii Toma Forda. Pamiętam recenzję tego filmu u Chihiro, która wspominała o jego wielkiej urodzie, ale że fabuła nie z tych, które mnie jakoś szczególnie pociągają, to nie rwałam się do seansu. Aż do dziś. Najpierw natrafiłam tutaj na urzekającą muzykę, a potem, podążając tym tropem, na zwiastun. No i poległam. Obejrzałam go już chyba ze dwadzieścia razy i nadal zgadzam się z oceną Wendy Ide (cytat z jej wypowiedzi jest tytułem wpisu) — każde ujęcie jest po prostu dziełem sztuki. Każda klatka oszałamia urodą. Mogłabym pociąć trailer na kawałki i wytapetować sobie zdjęciami mieszkanie (zwłaszcza ujęcie z niebieskimi bucikami). Tak, wiem, że wyreżyserował go projektant mody, ale nie spodziewałam się takiego efektu. Jeśli fabuła mnie skrajnie nie wciągnie, to chyba obejrzę go bez głosu, jak ruchomy obraz ;)

PS. Muzykę skomponował Abel Korzeniowski i Shigeru Umebayashi. Wyrazy uznania.

 

 

czwartek, 22 kwietnia 2010
The Men who Stare at Goats (2009)

Niespełniony dziennikarz, Bob Wilton (Ewan MacGregor), postanawia przedostać się do Iraku, by tam szukać materiału na pasjonujący reportaż, a przede wszystkim udowodnić swój talent żonie, która go porzuciła. Los podsuwa mu temat, który przekracza jego najśmielsze oczekiwania. Szukając sposobu przekroczenia granicy z Irakiem, spotyka niejakiego Lyna Cassidy (George Clooney), ex-żołnierza sekretnej jednostki wojskowej New Earth Army, składającej się z prawdziwych wojowników Jedi, którzy posługują się telepatią, stają się niewidzialni, przenikają ściany i jednym spojrzeniem kładą kozy  na... hmmm... na bok. Ta eksperymentalna jednostka została założona w 1979 r. przez Billa Django (Jeff Bridges), który zauważył, że zabijanie, nawet wroga, wcale nie leży w naturze człowieka/żołnierza i uznał, że należy szukać innych sposobów prowadzenia wojen. Niestety  pozycja Billa została podważona przez jego własnego wychowanka (Kevin Spacey), który nie był tak skory do uznania hippisowskich ideałów swojego przełożonego. Bob, zafascynowany tą niewiarygodną historią, decyduje się ruszyć wraz Lynem z tajemniczą misją na iracką pustynię.

Premiera międzynarodowa filmu odbyła się w zeszłym roku, zdążył się już ukazać na dvd, a w Polsce nawet jeszcze nie wszedł do kin. Szkoda, bo to naprawdę dobry film. Co prawda nie ustrzegł się pewnych niedociągnięć — osobiście przyczepiłabym się do sposobu prowadzenia fabuły. Film powstał na postawie reportażu autorstwa Jona Ronsona i niestety tą "reportażowatość" bardzo w filmie widać. Brak schematu wstęp - zawiązanie akcji - rozwinięcie - punkt kulminacyjny - zakończenie. Miałam wrażenie, że akcja się zawiązywała, zawiązywała, zawiązywała, aż się... skończyła :) Niemniej, film odznacza się cudownym absurdalnym humorem na wysokim poziomie, no i ma George'a Clooney'a :) Mnie dodatkowo urzekło zakończenie, za które przyznałabym mu dodatkowe kilka gwiazdek, gdybym  tylko oceniała filmy w systemie gwiazdkowym.

A na dokładkę obrazek z mojej ulubionej strony Icanhascheezburger:

 

Człowiek, który gapił się na kozy / The Men who Stares at Goats, (2009)
reż. Grant Heslov

środa, 14 kwietnia 2010
Yes Man

Bohater, Carl Allen (Jim Carrey), przeciętny obywatel, urzędnik bankowy nie odnoszący żadnych sukcesów w pracy, rozwiedziony z żoną i sfrustrowany, izolujący się od przyjaciół i negatywnie nastawiony do świata, całkowitym przypadkiem odmienia swoje życie. Za sprawą dawnego znajomego trafia na spotkanie, na którym charyzmatyczny guru przekonuje go, żeby był "na tak" w stosunku do życia. Dosłownie. Carl zobowiązuje się, że na każde pytanie i propozycję, na które można odpowiedzieć "tak" lub "nie", odpowie "tak". Jeśli się złamie i odmówi, los się na nim zemści. Chociaż Carl zaczyna żałować swojej decyzji już w momencie opuszczenia spotkania, kiedy bezdomny prosi go o podwiezienie, rezultat nowego stylu życia okaże się zdumiewająco pozytywny. Carl właduje się w całą masę absurdalnych sytuacji, ale odnajdzie szczęście, a wreszcie odkryje, że... czasem warto powiedzieć "nie".

Film nakręcono na motywach pamiętnika brytyjskiego humorysty, Danny'ego Wallace'a, który opisał pół roku swojego życia, kiedy odpowiadał "tak" na propozycje, którym normalny człowiek by odmówił, w celu uczynienia swego życia bardziej interesującym, co mu się w istocie udało. Mam do tej historii osobisty stosunek, bo czytałam kiedyś artykuł na temat tej książki, może nawet pisany przez autora, nie pamiętam, który sprowokował mnie do przemyśleń. W rezultacie uznałam, że sama na ogół mówię "nie" i postanowiłam to zmienić (chociaż w granicach rozsądku),  co przyniosło zupełnie niespodziewany, ale bardzo przyjemny efekt.

Nie przepadam za Jimem Carreyem, jest niestety, jak dla mnie, za bardzo sobą w każdej produkcji. Aktor powinien być jak kameleon, a Carrey to Carrey, zawsze, zmienia się tylko nazwisko bohatera i tytuł filmu. Doceniłam go w "Truman Show", ale na tym koniec. Z tego powodu do "Yes Man" podchodziłam jak do jeża, ale rozczarowałam się przyjemnie. Nie jest to jakieś wielki dzieło, ale sympatyczny i krzepiący film, a przy tym autentycznie zabawna komedia.

Jestem na tak / Yes Man, 2008
reż. Peyton Reed

poniedziałek, 12 kwietnia 2010
Wyspa tajemnic / The Shutter Island

Akcja rozgrywa się w roku 1954. Na skalistej wyspie położonej w Zatoce Bostońskiej znajduje się szpital psychiatryczny dla chorych umysłowo przestępców. Miejsce jest pilnie strzeżone, a wydostanie się z wyspy bez pomocy z zewnątrz jest praktycznie niemożliwe. Mimo to jedna z pacjentek, Rachel Solando, ucieka. Do szpitala przybywają federalni szeryfowie, których zadaniem jest rozwikłanie zagadki, Ted Daniels i jego towarzysz Chuck. Szybko okazuje się jednak, że personal szpitala nie jest skłonny do pomocy, a nierzadko zachowuje się o wiele dziwniej niż pacjenci. Ted jest gotów zrezygnować, zwłaszcza że męczą go migreny i bolesne wspomnienia, jednak potężny huragan uniemożliwia mu opuszczenie wyspy.  I nie tylko on być może komuś zależy, żeby Ted nigdy jej nie opuścił...

Mój problem z odbiorem filmu polegał na tym, że dawno temu czytałam książkę, która bardzo mocno wyryła mi się w pamięci. A jest to jednak dzieło, które należy oglądać świeżym okiem, nie znając zakończenia. Ja niestety znałam. Może z tego powodu film nie do końca mnie wciągnął. Ma jednak świetne mroczne zdjęcia — choćby dla nich warto go obejrzeć na dużym ekranie — oraz udaną atmosferę nakręcającego się szaleństwa i klaustrofobii. Mimo wszystko, polecałabym raczej książkę, zrobiła na mnie dużo większe wrażenie.

W kinie dodatkowo irytował mnie fakt, że w polskich napisach pomijano połowę z każdej wypowiedzi bohaterów. Nie umiem zapanować nad odruchem czytania napisów i w rezulatcie wyszukiwanie różnic między dialogiem słyszanym a czytanym pochłaniało mnie chwilami bardziej niż akcja.

Wyspa tajemnic / The Shutter Island
reż. Martin Scorsese

środa, 07 kwietnia 2010
The Brothers Bloom

The Brothers Bloom to bardzo sympatyczna komedia, o lekko komiksowej stylistyce (te meloniki) i nieco absurdalnym poczuciu humoru. Lekkie, ale niegłupie kino, w sam raz dla odprężenia.

Tytułowi bracia, straszy Stephen i młodszy Bloom, to tzw. "con men" — żyją z oszustw i przekrętów, w których towarzyszy im śliczna lecz nader milcząca Bang Bang (Rinko Kikuchi z Babel), specjalistka od wybuchów. Mózgiem jest Stephen (Mark Ruffallo), który odkrył tez sposób na życie już w dzieciństwie, kiedy wraz z bratem tułał się po rodzinach zastępczych. Doskonale odnajduje się w stwarzanej przez siebie rzeczywistości, w przeciwieństwie do Blooma (Adrien Brody), który coraz bardziej tęskni za przeżyciem czegoś prawdziwego i spontanicznego, bez wcześniej ustalonego scenariusza, prowadzenia "unwritten life". Tymczasem brat proponuje mu ostatni przekręt, mający na celu oskubanie pewnej bogatej i ekscentrycznej dziedziczki, Penelope Stamp (Rachel Weisz), z jej milionów.

Twórcom filmu udało się stworzyć naprawdę nietuzinkowych bohaterów, świetnie  zagranych przez całą czwórkę. Mark Rufallo, po którym nigdy nie można poznać, kiedy kłamie, Adrien Brody ze swoją cierpiętniczą miną, Bang Bang wysadzająca lalki barbi, czy Penelope kolekcjonująca hobby (od gry na harfie po breakdance) i regularnie rozwalająca żólty samochód o każdy dostępny murek. Świetne są zdjęcia i muzyka. Scenariusz nie jest sztampowy — ani to typowy film o przekrętach (w stylu Oceans 11), ani romantyczna komedia — gatunek trudno definiowalny, ale apetyczny. Drobne usterki się znajdą, ale całość pozostaje bardzo przyjemna.

The Brothers Bloom / Bracia Bloom, 2008
reż. Rian Johnson

 
1 , 2 , 3
kontakt: edytamo@gmail.com


Klasyka Młodego Czytelnika Spis moli


Co czytać?

Lubię czytać


Fight World Hunger