Kategorie: Wszystkie | czytaj | jedz | oglądaj | przeżywaj | tańcz
RSS
poniedziałek, 15 marca 2010
Obudź w sobie radość

Nie miałam ostatnio czasu ani czytać, ani pisać, co po części wiązało się z rozpoczęciem  wiosennego Progressteronu. Dla niewtajemniczonych — Festiwal PROGRESSteron to impreza warsztatowa organizowana przez Dojrzewalnię Róż, Ośrodek Rozwoju Osobistego Kobiet, i jak nazwa wskazuje — skierowany do kobiet, chociaż w niektórych zajęciach Panowie także mogą brać udział. Festiwal ma dwie edycje rocznie, wiosną i jesienią, i obywa się w kilkunastu miastach Polski. W jego ramach można wziąć udział w ogromnej ilości warsztatów i kursów z dziedziny rozwoju osobistego, psychoedukacji, pracy z ciałem, wizerunku i szeroko pojmowanej twórczości. Ograniczeniem są niestety finanse, bo impreza do najtańszych nie należy. Mimo wszystko uznałam, że dwa razy do roku można zaszaleć i zrobić coś dla siebie. Uwielbiam wszelkiego rodzaju warsztaty, nawet z tych dziedzin, których nie zamierzam zgłębiać. Brałam kiedyś udział nawet w warsztatach cyrkowych (organizowanych przez łodzką Fabrykę Sztuki) i naprawdę — dwie godziny żonglowania i chodzenia na szczudłach potrafi zrobić cuda w zakresie odnajdywania zadowolenia z życia.

Tym razem trafiłam między innymi na warsztat bębniarski, prowadzony przez Sylwię Walczak, członkinię City Bum Bum oraz Azję Kamińską, wokalistkę tego zespołu, fantastycznie śpiewającą i tańczącą afro. Obie dziewczyny są niezwykle pozytywnie zakręcone. Okazało się, że trzy godziny walenia w djembe, to właśnie to, czego mi było trzeba. Mimo że musiałam się poderwać o 7 rano (bardzo bolesne w weekend) i brnąć do tramwaju przez zawieję śnieżną celem dotarcia na te zajęcia, a po nich miałam łapki jak gumiś — duże i różowe, to uśmiech z twarzy nie schodzi mi do dzisiaj. Po trzech godzinach zajęć kilkunastoosobowa grupa bębniarskich laików (płci obojga) wykonała wspólnie utwór z klaskaniem, śpiewem, tańcem i grą na djembe i dundun, a pokryty śniegiem świat za oknem zrobił się jakby bardziej różowy. Żałuję, że nie będę mogła chodzić regularnie na zajęcia, ale niestety moja doba ma tylko 35 godzin i więcej już w nią nie upchnę. Ale może kiedyś...

Drugi fantastyczny warsztat z hula — tańca hawajskiego okazał się całkowitym zaskoczeniem. Nie ukrywam, że do tej pory taniec hula kojarzył mi się ze spódniczką z trawy i stanikiem z kokosa. Poszłam na niego głównie dlatego, że z tańca chętnie spróbowałabym wszystkiego. Jest parę gatunków, w których zupełnie się nie odnajduję, np. hip hop, albo takich, które bardzo mi się podobają, ale nie dają mi aż takiej przyjemności wykonywania, np. balet i modern jazz, ale wszystkich spróbowałam zanim uznałam że się do nich nie nadaję. Najbliżej mi do tańców "narodowych": flamenco, tańca brzucha, tanga argentyńskiego, itp. Hula w tej kategorii się mieści, więc czemu nie.  Ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że hula to nie kiwanie biodrami dla turystów, tylko pradawna tradycyjna sztuka, o wielu warstwach i znaczeniach, przepełniona filozofią i uzdrawiająca energetyczną mocą. Każdy gest ma znaczenie, bo za jego pomocą tancerki opowiadają historię. Przy tym daje niesamoitą przyjemność, wprawia w rodzaj medytacyjnego transu i uspokaja. Trochę jakby ćwiczyć tai chi do muzyki. Wszystkie myśli znikają, a tancerka płynie kilka centymetrów nad ziemią.  Kroki są proste, ale piękne i pełne gracji — brak wymyślnych choreografii, szpagatów nad ziemią, uszkodzonych kolan i pozrywanych ścięgien. Filozofia Hawajczyków przepełniona jest miłością, radością i akceptacją i taki jest ich taniec. Tym razem będę musiała rozciągnąć dobę, bo jest to przyjemność, z której nie zamierzam rezygnować. Niestety nie ma w Polsce wielu miejsc, gdzie można się go uczyć, ale wszystkich, którzy mają szansę, zachęcam do spróbowania.

kontakt: edytamo@gmail.com


Klasyka Młodego Czytelnika Spis moli


Co czytać?

Lubię czytać


Fight World Hunger