Kategorie: Wszystkie | czytaj | jedz | oglądaj | przeżywaj | tańcz
RSS
czwartek, 22 kwietnia 2010
The Men who Stare at Goats (2009)

Niespełniony dziennikarz, Bob Wilton (Ewan MacGregor), postanawia przedostać się do Iraku, by tam szukać materiału na pasjonujący reportaż, a przede wszystkim udowodnić swój talent żonie, która go porzuciła. Los podsuwa mu temat, który przekracza jego najśmielsze oczekiwania. Szukając sposobu przekroczenia granicy z Irakiem, spotyka niejakiego Lyna Cassidy (George Clooney), ex-żołnierza sekretnej jednostki wojskowej New Earth Army, składającej się z prawdziwych wojowników Jedi, którzy posługują się telepatią, stają się niewidzialni, przenikają ściany i jednym spojrzeniem kładą kozy  na... hmmm... na bok. Ta eksperymentalna jednostka została założona w 1979 r. przez Billa Django (Jeff Bridges), który zauważył, że zabijanie, nawet wroga, wcale nie leży w naturze człowieka/żołnierza i uznał, że należy szukać innych sposobów prowadzenia wojen. Niestety  pozycja Billa została podważona przez jego własnego wychowanka (Kevin Spacey), który nie był tak skory do uznania hippisowskich ideałów swojego przełożonego. Bob, zafascynowany tą niewiarygodną historią, decyduje się ruszyć wraz Lynem z tajemniczą misją na iracką pustynię.

Premiera międzynarodowa filmu odbyła się w zeszłym roku, zdążył się już ukazać na dvd, a w Polsce nawet jeszcze nie wszedł do kin. Szkoda, bo to naprawdę dobry film. Co prawda nie ustrzegł się pewnych niedociągnięć — osobiście przyczepiłabym się do sposobu prowadzenia fabuły. Film powstał na postawie reportażu autorstwa Jona Ronsona i niestety tą "reportażowatość" bardzo w filmie widać. Brak schematu wstęp - zawiązanie akcji - rozwinięcie - punkt kulminacyjny - zakończenie. Miałam wrażenie, że akcja się zawiązywała, zawiązywała, zawiązywała, aż się... skończyła :) Niemniej, film odznacza się cudownym absurdalnym humorem na wysokim poziomie, no i ma George'a Clooney'a :) Mnie dodatkowo urzekło zakończenie, za które przyznałabym mu dodatkowe kilka gwiazdek, gdybym  tylko oceniała filmy w systemie gwiazdkowym.

A na dokładkę obrazek z mojej ulubionej strony Icanhascheezburger:

 

Człowiek, który gapił się na kozy / The Men who Stares at Goats, (2009)
reż. Grant Heslov

środa, 14 kwietnia 2010
Yes Man

Bohater, Carl Allen (Jim Carrey), przeciętny obywatel, urzędnik bankowy nie odnoszący żadnych sukcesów w pracy, rozwiedziony z żoną i sfrustrowany, izolujący się od przyjaciół i negatywnie nastawiony do świata, całkowitym przypadkiem odmienia swoje życie. Za sprawą dawnego znajomego trafia na spotkanie, na którym charyzmatyczny guru przekonuje go, żeby był "na tak" w stosunku do życia. Dosłownie. Carl zobowiązuje się, że na każde pytanie i propozycję, na które można odpowiedzieć "tak" lub "nie", odpowie "tak". Jeśli się złamie i odmówi, los się na nim zemści. Chociaż Carl zaczyna żałować swojej decyzji już w momencie opuszczenia spotkania, kiedy bezdomny prosi go o podwiezienie, rezultat nowego stylu życia okaże się zdumiewająco pozytywny. Carl właduje się w całą masę absurdalnych sytuacji, ale odnajdzie szczęście, a wreszcie odkryje, że... czasem warto powiedzieć "nie".

Film nakręcono na motywach pamiętnika brytyjskiego humorysty, Danny'ego Wallace'a, który opisał pół roku swojego życia, kiedy odpowiadał "tak" na propozycje, którym normalny człowiek by odmówił, w celu uczynienia swego życia bardziej interesującym, co mu się w istocie udało. Mam do tej historii osobisty stosunek, bo czytałam kiedyś artykuł na temat tej książki, może nawet pisany przez autora, nie pamiętam, który sprowokował mnie do przemyśleń. W rezultacie uznałam, że sama na ogół mówię "nie" i postanowiłam to zmienić (chociaż w granicach rozsądku),  co przyniosło zupełnie niespodziewany, ale bardzo przyjemny efekt.

Nie przepadam za Jimem Carreyem, jest niestety, jak dla mnie, za bardzo sobą w każdej produkcji. Aktor powinien być jak kameleon, a Carrey to Carrey, zawsze, zmienia się tylko nazwisko bohatera i tytuł filmu. Doceniłam go w "Truman Show", ale na tym koniec. Z tego powodu do "Yes Man" podchodziłam jak do jeża, ale rozczarowałam się przyjemnie. Nie jest to jakieś wielki dzieło, ale sympatyczny i krzepiący film, a przy tym autentycznie zabawna komedia.

Jestem na tak / Yes Man, 2008
reż. Peyton Reed

poniedziałek, 12 kwietnia 2010
Wyspa tajemnic / The Shutter Island

Akcja rozgrywa się w roku 1954. Na skalistej wyspie położonej w Zatoce Bostońskiej znajduje się szpital psychiatryczny dla chorych umysłowo przestępców. Miejsce jest pilnie strzeżone, a wydostanie się z wyspy bez pomocy z zewnątrz jest praktycznie niemożliwe. Mimo to jedna z pacjentek, Rachel Solando, ucieka. Do szpitala przybywają federalni szeryfowie, których zadaniem jest rozwikłanie zagadki, Ted Daniels i jego towarzysz Chuck. Szybko okazuje się jednak, że personal szpitala nie jest skłonny do pomocy, a nierzadko zachowuje się o wiele dziwniej niż pacjenci. Ted jest gotów zrezygnować, zwłaszcza że męczą go migreny i bolesne wspomnienia, jednak potężny huragan uniemożliwia mu opuszczenie wyspy.  I nie tylko on być może komuś zależy, żeby Ted nigdy jej nie opuścił...

Mój problem z odbiorem filmu polegał na tym, że dawno temu czytałam książkę, która bardzo mocno wyryła mi się w pamięci. A jest to jednak dzieło, które należy oglądać świeżym okiem, nie znając zakończenia. Ja niestety znałam. Może z tego powodu film nie do końca mnie wciągnął. Ma jednak świetne mroczne zdjęcia — choćby dla nich warto go obejrzeć na dużym ekranie — oraz udaną atmosferę nakręcającego się szaleństwa i klaustrofobii. Mimo wszystko, polecałabym raczej książkę, zrobiła na mnie dużo większe wrażenie.

W kinie dodatkowo irytował mnie fakt, że w polskich napisach pomijano połowę z każdej wypowiedzi bohaterów. Nie umiem zapanować nad odruchem czytania napisów i w rezulatcie wyszukiwanie różnic między dialogiem słyszanym a czytanym pochłaniało mnie chwilami bardziej niż akcja.

Wyspa tajemnic / The Shutter Island
reż. Martin Scorsese

niedziela, 11 kwietnia 2010
[*]

To już drugi dzień, ale nadal trudno uwierzyć. Przecież takie rzeczy się nie zdarzają — gdyby to była fabuła książki, pewnie byśmy ją uznali za nierealistyczną. Bo prezydent, cały sztab i tylu polityków w jednym samolocie, bo właśnie w takim historycznie naznaczonym miejscu, bo akurat po przełomie w kwestii katyńskiej... To oczywiście ogromny szok dla Polski i do tego taka okrutna ironia losu: elita ginie, jadąc oddać hołd innej tragicznie zmarłej elicie. Ale przede wszystkim — tyle istnień nagle zdławionych, tyle pozostawionych w rozpaczy rodzin, osieroconych dzieci. Poglądy polityczne są nieważne, po prostu zginęli ludzie. Przerażające przypomnienie, jak bardzo wszystko jest ulotne.

19:07, lilybeth
Link Komentarze (2) »
czwartek, 08 kwietnia 2010
"Kłania się PRL" Stefania Grodzieńska

Zbiór felietonów Stefanii Grodzieńskiej, opisujący śmieszności PRL-u, doskonale nadaje się do czytania z doskoku. Felietony są krótkie, celne i bardzo zabawne. Odpowiada mi styl pisarki i jej poczucie humoru — przypomina mi nieco Joannę Chmielewską, zresztą właśnie przez nią zapoznałam się z twórczością Grodzieńskiej, bo w którejś swojej książce polecała "Wspomnienie chałturzystki" (też polecam).

Niewiele mam z okresu PRL-u doświadczeń własnych, bo przeżyłam w nim tylko wczesne dzieciństwo, a i to końcówka wyglądała inaczej niż czasy, o których pisze Grodzieńska. Wychowałam się jednak na literaturze młodzieżowej tamtego okresu (Bohdaj, Nienacki, Minkowski, Niziurski, Boglar, Tomaszewska... długo by tak wyliczać) i komediach Barei, przez co mam do PRL-u pewien sentyment (którego z pewnością bym nie miała, gdybym musiała doświadczać tamtych czasów na własnej skórze) i uwielbiam o nim czytać. Człowiekowi na wskroś współczesnemu, wychowanemu w kapitaliźmie, ówczesne warunki życia, opisywane przez Grodzieńską z ogromnym przymrużeniem oka, mogą zjeżyć włos na głowie (polecam felieton o gotowaniu mleka we wspólnej kuchni). Z drugiej strony, niektóre ludzkie zachowania są uniwersalne,  bez względu na okoliczności,  a że autorka doskonale je podpatruje, to felietony nie do końca straciły na aktualności (patrz "Miejsce pracy"). Do tego dochodzą jeszcze urocze "smaczki"  tamtych czasów (hasła na pudełkach zapałek: „Pij mleko świeżo przegotowane”, „Hoduj króliki, uzyskasz mięso i futro”, „Szukajmy stonki ziemniaczanej”, „Zwalczajmy słodyszka na rzepaku”). Podsumowując, sympatyczna lektura, z rozsądną dawką nostalgii i dużą ilością śmiechu.

środa, 07 kwietnia 2010
The Brothers Bloom

The Brothers Bloom to bardzo sympatyczna komedia, o lekko komiksowej stylistyce (te meloniki) i nieco absurdalnym poczuciu humoru. Lekkie, ale niegłupie kino, w sam raz dla odprężenia.

Tytułowi bracia, straszy Stephen i młodszy Bloom, to tzw. "con men" — żyją z oszustw i przekrętów, w których towarzyszy im śliczna lecz nader milcząca Bang Bang (Rinko Kikuchi z Babel), specjalistka od wybuchów. Mózgiem jest Stephen (Mark Ruffallo), który odkrył tez sposób na życie już w dzieciństwie, kiedy wraz z bratem tułał się po rodzinach zastępczych. Doskonale odnajduje się w stwarzanej przez siebie rzeczywistości, w przeciwieństwie do Blooma (Adrien Brody), który coraz bardziej tęskni za przeżyciem czegoś prawdziwego i spontanicznego, bez wcześniej ustalonego scenariusza, prowadzenia "unwritten life". Tymczasem brat proponuje mu ostatni przekręt, mający na celu oskubanie pewnej bogatej i ekscentrycznej dziedziczki, Penelope Stamp (Rachel Weisz), z jej milionów.

Twórcom filmu udało się stworzyć naprawdę nietuzinkowych bohaterów, świetnie  zagranych przez całą czwórkę. Mark Rufallo, po którym nigdy nie można poznać, kiedy kłamie, Adrien Brody ze swoją cierpiętniczą miną, Bang Bang wysadzająca lalki barbi, czy Penelope kolekcjonująca hobby (od gry na harfie po breakdance) i regularnie rozwalająca żólty samochód o każdy dostępny murek. Świetne są zdjęcia i muzyka. Scenariusz nie jest sztampowy — ani to typowy film o przekrętach (w stylu Oceans 11), ani romantyczna komedia — gatunek trudno definiowalny, ale apetyczny. Drobne usterki się znajdą, ale całość pozostaje bardzo przyjemna.

The Brothers Bloom / Bracia Bloom, 2008
reż. Rian Johnson

środa, 31 marca 2010
"W wilczej skórze" Fred Vargas

Pewnego dnia życie mieszkańców małej wioski Mercantour we francuskich Alpach zostaje brutalnie zakłócone. Wilki zaczynają atakować owce. Zjawisko przybiera tak szeroką skalę, że mężczyźni decydują się na obławę. Jednak kiedy ginie Zuzanna, jedna z właścicielek stad, a na jej ciele widać ślady ogromnych zębów, zaczynają krążyć mroczne domysły. Czyżby wśród mieszkańców Mercantour żył wilkołak..? Staruszek (stróż owiec), młodzieniec (przybrany syn Zuzanny) i dziewczyna (jako szofer) ruszają w pościg rozklekotaną ciężarówką po krętych alpejskich drogach. Tymczasem wieści o rzezi docierają do paryskiego komisarza Adamsberga, byłego narzeczonego dziewczyny.

"W wilczej skórze" to całkiem dobry kryminał, w dodatku bardzo "francuski". Nie wiem, czy to tylko moje odczucie, ale mam wrażenie, że niektóre typy kryminałów są zlokalizowane geograficzne. Anglicy tworzą logiczne zagadki w małomiasteczkowej atmosferze, Skandynawowie dorzucają kwestie społeczne, Amerykanie stawiają na akcje i pościgi, a Francuzi lubią utkać w fabułę elementy nadprzyrodzone. Nie wiem, jaka tendencja przeważa wśród Polaków, bo wstyd przyznać, ale poza Chmielewska (bardzo specyficzną) nie czytałam chyba żadnego współczesnego polskiego kryminału. Ale zamierzam to nadrobić — może w ramach jakiegoś prywatnego wyzwania.

Niemniej z twórczością pani Vargas chętnie nawiąże bliższą znajomość. Tej książce dałabym ocenę tak ok. 4/6. Bardzo podobali mi się bohaterowie, sposób prowadzenia narracji, dobrze oddana atmosfera. Nieco za szybko i zbyt niespodziewanie przyszło rozwiązanie, zanim zbudowało się porządne napięcie i tylko tego bym się troszkę czepiała.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11
kontakt: edytamo@gmail.com


Klasyka Młodego Czytelnika Spis moli


Co czytać?

Lubię czytać


Fight World Hunger