Kategorie: Wszystkie | czytaj | jedz | oglądaj | przeżywaj | tańcz
RSS
niedziela, 09 maja 2010
"W pierścieniu ognia" Suzanne Collins

Cierpliwość nigdy nie zaliczala się do moich zalet, więc szybki porzuciłam plan wstrzymania się z wysłuchaniem drugiego tomu Igrzysk Śmierci do ukazania się ostatniej części, i pochłonęłam go w dwa dni. Ostrzeżenie dla tych, którzy nie czytali jeszcze pierwszego tomu — w poniższym opisie są spoilery.

Katniss, która wyszła zwycięsko z Głodowych Igrzysk i dzieki sprytowi uratowała Peetę, nie może spać spokojnie. Otrzymała nagrodę dla zwycięzcy, ma piękny nowy dom i nie cierpi już głodu, a nawet może wspomagać biedniejszych znajomych. Jednak jej zachowanie na Igrzyskach zostało odczytane jako bunt — nie tylko przez władze, ale i przez wielu obywateli Panem. Prezydent Snow życzy sobie by Katniss swoim przykładnym zachowaniem podczas tournee zwycięzców nie tylko powstrzymała ferment w społeczeństwie dystryktów, ale i przekonała jego samego, że w jej finalnej akcji na Igrzyskach nie było buntowniczego podtekstu. Katniss, dręczona sennymi koszmarami i rozdarta uczuciowo między Peetą i Galem, musi ochronić bliskich przez prawdopodobną zemstą Kapitolu, nie domyślając się, jaką okrutną niespodziankę los szykuje jej samej.

Autorce udało się utrzymać równie wysoki poziom, co w części pierwszej, a może nawet wspięła się wyżej, bo od słuchania było mi się znacznie ciężej oderwać. Jedyne, co mnie nieco drażniło, to pewna maniera lektorki (w pierwszej części mnie zachwyciła, ale tu zaczęłam mieć zastrzeżenia). Zdaję sobie sprawę, że Katniss przytrafia się wiele koszmarnych rzeczy, że dręczą ją wspomnienia i wydarzenia bieżące, ale nie należy ona do osób płaczliwych, więc czytanie co drugiej kwestii drżącym, łamiącym się i nabrzmiałym łzami głosem szybko mnie zirytowało. Jest jeszcze tyle innych emocji: strach, ból, niepokój, niepewność, tez można je uwzględnić, zwłaszcza jeśli dalej jest dopowiedzenie "powiedziała cicho, pomyslała z żalem, itp." Do treści nie mam zastrzeżeń.

sobota, 08 maja 2010
Tym razem dla dzieci

Ostatnio obejrzałam zdumiewającą, biorąc pod uwagę fakt nieposiadania potomstwa, liczbę filmów dla dzieci. Podaję w  kolejności zgodnej z moją oceną:

SERIA NIEFORTUNNYCH ZDARZEŃ

Uwielbiam całą serię książek Lemony'ego Snicketa "The Series of Unfortunate Events", pełną cudownego absurdalnego humoru, z przewrotną historią, wciągającą tajemnicą i nieprawdopodobnymi pomysłami.  Nie czytałam polskiego tłumaczenia, ale obawiam się, że w polskiej wersji książka wiele traci, bo składa się w dużej mierze z nieprzetłumaczalnych angielskich gier językowych. Polecam więc przede wszystkim tym, którzy mogą zmierzyć się z oryginałem - mimo że adresowana jest dla dzieci, podejrzewam, że to dorośli mogą odkryć w niej więcej smaczków.

Ale zasadniczo miało być o filmie, który jest ekranizacją trzech pierwszych tomów: Rodzeństwo Baudelaire, Violet, Klaus i Sunny, zostają sierotami, kiedy ich rodzice giną w tajemniczym pożarze. Trafiają do hrabiego Olafa, który okazuje się czyhać tylko na fortunę odziedziczona przez rodzenstwo i posunie się do każdej podłości by ją zdobyć. Mimo że dzieciom udaje sie wyrwać spod jego "opieki", to nie koniec ich kłopotów. Kolejność wydarzeń w filmie nieco zmieniono i nie może równać się, moim zdaniem, z pierwowzorem, niemniej jest dobry, a do tego zachwyca wizualnie. Spodoba się nie tylko wielbicielom książek.

FANTASTYCZNY PAN LIS

Film powstał na podstawie powieści Roalda Dahla, co moim zdaniem samo w sobie gwarantuje wysoki poziom (uwielbiam jego książki). Tytułowy Mr. Fox i jego żona w młodości prowadzili wysoce ryzykowny żywot, wykradając kury i inszy drób z gospodarstw wiejskich. Ustatkowali się, kiedy na świecie pojawił się ich pierworodny, Ash. Jednak kiedy syn podrósł Mr. Fox, przechodząc chyba kryzys wieku średniego, zatęsknił za podniesioną adrenaliną i postanowił w tajemnicy przed żoną powrócić do dawnego procederu, co okazało się mieć niezwykle daleko idące konsekwencje. W dodatku, Ash czuje się niedoceniany przez rodziców, a w domu zjawia się konkurent - naturalnie uzdolniony kuzyn Kristofferson.

Zdumiewająco mało hollywoodzka bajka, wykonana techniką stop-motion, czyli wizualnie Miś Uszatek XXI wieku, a fabularnie Ocean's Eleven. Dialogi, fenomenalnie zdubbingowane przez m.in. George'a Clooney'a i Meryl Streep, zupełnie nie przypominają typowych bajek dla dzieci i równie dobrze mogłyby znaleźć się w filmie obyczajowym, zwłaszcza te dotyczące relacji bohaterów z latoroślą, oraz kontaktów między Ashem a kuzynem. Na ogół nie lubię bajek o zwierzątkach poprzebieranych za ludzi, ale tym razem dałam się uwieść.

KUNG FU PANDA

Bajka, która zupełnie nie zainteresowała mnie, kiedy weszła do kin, bo historia misia pandy walczącego kung fu wydawała mi się bardzo mało pociągająca (zwierzątka przebrane za ludzi po raz kolejny), okazała się gigantycznym zaskoczeniem - to chyba jedna z najlepszych animacji, jakie widziałam (tu należy uwzględnić fakt, że jestem fanką klimatów przyczajonych tygrysów i ukrytych smoków).

Sympatyczna, ale bardzo łakoma i niezdarna panda imieniem Po śni o byciu mistrzem kung fu. Nieprawdopodobny przypadek sprawia, że zostaje uznana za Smoczego Wojownika, mistrza sztuki walki, który będzie zmuszony obronić swoją wioskę przed okrutnym i mściwym Tai Lungiem. Mimo że historii "od zera do bohatera" było już wiele, ta została przedstawiona wyjątkowo wdzięcznie, wizualnie jest urokliwa, ma świetną ścieżkę muzyczną i mnóstwo poczucia humoru. W dodatku nie zauważyłam tu nieustannego puszczania oczka do dorosłego widza, jak to bywa coraz częściej w przypadku animacji dla dzieci, na zasadzie "dziecko nie zrozumie, a ty się pośmiej, rodzicu", historia jest po prostu na tyle uniwersalna, że trafi do widzów w każdym wieku.

KSIĘŻNICZKA I ŻABA

To kolejne zaskoczenie, bo po tak oklepanym temacie nie spodziewałam się wiele - jedynym oryginalnym elementem miał być kolor skóry księżniczki. Tymczasem historia Tiany to bynajmniej nie banalna opowieść o dziewczęciu czekającym na księcia. Tiana, zwykła niebogata młoda dziewczyna, wcale nie czeka na księcia, bo wie, że tylko własna ciężka praca pozwoli jej zmienić swoje życie. Haruje więc ciężko by uzbierać środki na otwarcie własnej restauracji. Przypadkiem trafia na bal na którym mają się odbyć zaręczyny jej przyjaciółki z dzieciństwa, bogatej Charlotty, z księciem Naveen, przystojnym i utytułowanym, ale niezbyt odpowiedzialnym młodzieńcem. Tam natyka się na pewną żabę, która prosi o pocałunek, z oporami spełnia jej prośbę i... wpada w gigantyczne tarapaty. Historia rozgrywa się w latach 20. XX wieku w Nowym Orleanie, przy obłędnym muzycznym podkładzie.  Wizualnie film jest zachwycająco dopracowany, mimo że wykonany w tradycyjnej technice, na głowę bije wszelkie 3D. Przypomniał mi takiego Disney'a, na jakim się wychowałam.

ASYSTENT WAMPIRA


Dwóch młodych przyjaciół, Darren i Steven, trafia pewnego wieczoru na przedstawienie Cyrku Odmieńców (najlepsza scena filmu). Zafascynowany wampirami Steven rozpoznaje w gospodarzu przedstawienia, Creapsley'u, jednego z nich, uwagę Darrena przyciąga natomiast gigantyczny pająk Madame Octa. Wkrótce potem Steven zostaje ugryziony przez pająka, a Darren, aby ratować mu życie, zgadza się zostać wamiprem i asystentem Creapsley'a oraz zamieszkać w cyrku. Uzdrowiony Steven zazdrości mu tego losu (sic!), co sprowadza go na bardzo złą drogę...

Film nakręcono ponoć na podstawie trzech pierwszych części serii książek Darrena Shana - nie czytałam, ale podejrzewam, że wersja literacka może być lepsza niż filmowa. Na ekranie historia wydaje się całkowicie nieprawdopodobna (nie, wampiry nie są nieprawdopodobne same w sobie. W świecie fantazji wszystko jest prawdopodobne, ale zależy jak podane), wydarzenia pędzą bez składu i ładu, wyglądają jak seria kolorowo migających obrazków i trudno którekolwiek wydarzenie głębiej przeżyć, o utożsamieniu się z bohaterami nie wspominając. Nie udało się tutaj to, co powiodło się w przypadku Snicketa - streszczenie trzech tomów w dwie godziny, a w dodatku odmalowanie absurdalnego świata w sposób wiarygodny. Mimo kilku zabawnych scen i kilku udanych rozwiązań plastycznych, jest to film, którego oglądanie można sobie odpuścić. No, ewentualnie można zerknąć na Salmę Hayek z brodą...

środa, 28 kwietnia 2010
"Kaznodzieja" Camilla Lackberg

Patrick, narzeczony Ericki, bohaterki pierwszej części Czarnej Serii, staje przed zadaniem rozwikłania tajemnicy morderstwa. W Wąwozie Królewskim odnalezione zostają zwłoki dziewczyny. Zagadka może mieć związek z zaginięciem dwóch młodych kobiet, do którego doszło ponad dwadzieścia lat wcześniej. Fjällbacka — małe nadmorskie miasteczko, żyjące z turystyki, przestaje być bezpieczne. Znika kolejna dziewczyna i zaczyna się wyścig z czasem. Tropy prowadzą do miejscowej rodziny o niezwykle skomplikowanych relacjach, potomków pewnego Kaznodziei, cudownego uzdrowiciela lub... pospolitego oszusta.

Dość dobry kryminał, ze sprawną zagadką, ale żadna rewelacja, wyróżniająca się na tle innych — porównania do Millenium zdecydowanie na wyrost.  Najbardziej podobało mi się tło intrygi, sprawnie sportretowane małe miasteczko i jego mieszkańcy, a także wątek ciężarnej Eryki i z poczuciem humoru zrelacjonowany najazd gości w okresie turystycznym. Nieco drażniły ograne zabiegi: autorka nieustannie informuje, że bohater właśnie otrzymał kluczowe informacje, doznał przebłysku intuicji, wszystko zrozumiał i powiązał, ale treści tych informacji nie wyjawia. Takie "wiem, ale nie powiem, żeby was potrzymać w napięciu" — zabieg działa, ale jest nadto oczywisty. Do tego książka wręcz krzyczy o porządną redakcję językową. Być może to styl autorki jest taki irytująco chaotyczny, ale wydaje mi się, że na etapie wygładzania tłumaczenia doszło do poważnych zaniedbań. Miałam ochotę w trakcie lektury robić korektę na marginesach... Nad kolejną częścią ("Kamieniarz") raczej się zastanowię.

A thing of heart-stopping beauty

Obiecałam sobie, że będę wrzucać więcej recenzji książkowych, a mniej filmowych, co jest trudne, bo filmy jednak ogląda się szybciej, a co za tym idzie w większej ilości (zwłaszcza jeśli najbardziej lubi się książki pięciusetstronicowe). Inaczej będę zmuszona zmienić tytuł bloga na Jedz, tańcz i oglądaj ;) Ale złamię się znowu i nie dość, że napiszę o filmie, to o takim, którego jeszcze nie oglądałam. Po prostu muszę się tym z kimś podzielić. Mowa o "The Single Man" w rezyserii Toma Forda. Pamiętam recenzję tego filmu u Chihiro, która wspominała o jego wielkiej urodzie, ale że fabuła nie z tych, które mnie jakoś szczególnie pociągają, to nie rwałam się do seansu. Aż do dziś. Najpierw natrafiłam tutaj na urzekającą muzykę, a potem, podążając tym tropem, na zwiastun. No i poległam. Obejrzałam go już chyba ze dwadzieścia razy i nadal zgadzam się z oceną Wendy Ide (cytat z jej wypowiedzi jest tytułem wpisu) — każde ujęcie jest po prostu dziełem sztuki. Każda klatka oszałamia urodą. Mogłabym pociąć trailer na kawałki i wytapetować sobie zdjęciami mieszkanie (zwłaszcza ujęcie z niebieskimi bucikami). Tak, wiem, że wyreżyserował go projektant mody, ale nie spodziewałam się takiego efektu. Jeśli fabuła mnie skrajnie nie wciągnie, to chyba obejrzę go bez głosu, jak ruchomy obraz ;)

PS. Muzykę skomponował Abel Korzeniowski i Shigeru Umebayashi. Wyrazy uznania.

 

 

wtorek, 27 kwietnia 2010
"Zupa z granatów" Marsha Mehran

Trzy siostry, Mardżan, Bahar i Lejla Aminpour, które kilka lat wcześniej zmuszone były uciekać z ogarniętego rewolucją Iranu, przybywają do małego irlandzkiego miasteczka Ballinacroagh, gdzie otwierają egzotyczną knajpkę Cafe Babilon. Kolorowa, pachnąca przyprawami kawiarnia nie wszystkim przypada jednak do gustu, a dla wielu od uroku bohaterek ważniejszy jest ich odcień skóry. W dodatku cień przeszłości nadal podąża za siostrami Amnipour. Czy uda im się odnaleźć w Irlandii swoje miejsce na Ziemi?

Przyjemna książka, której fabuła nieodparcie budzi skojarzenia z "Czekoladą". Niekoniecznie jest to jej wada, lubię takie klimaty — ucieczka od mrocznej przeszłości do małego sennego miasteczka, walka o budowę swojego życia na nowo, wiara, nadzieja, miłość i ... jedzenie. Powieść nie jest przesłodzona, irlandzkie miasteczko nie jest rajem, do którego trafiają zmaltretowane dusze, tu także dzieją się złe rzeczy. Autorka wprowadziła nieco realizmu magicznego (perskie potrawy mają moc budzenia uśpionych marzeń, a najmłodsza z sióstr od urodzenia pachnie wodą różaną i cynamonem), ale dobrze oddała także realia — mieszkańcy borykają się z własnymi problemami, biedą, brakiem spełnienia, kłótniami w rodzinie i nietolerancją.

Dla mnie największą zaletą książki były obłędne opisy jedzenia i przypraw, to nadało jej zupełnie nową wartość, bez której moja ocena książki byłaby znacznie niższa. Bo uważam, że książka oparta jest o doskonały pomysł, który nie został wykorzystany. Wiele wątków prosiło się o rozwinięcie, wiele postaci o pogłębioną analizę, zderzenie kultur o wnikliwszy opis. Mogło wyjść dzieło naprawdę dużego formatu, a wyszło miło i sympatycznie, ale do szybkiego zapomnienia. Chętnie przeczytam dalszy ciąg, ale po kilku tygodniach pewnie nic nie zostanie w mojej pamięci.

Na marginesie, bardzo spodobała mi się okładka. Cała seria z miotłą jest ładnie wydana, ale do tej jakoś szczególnie wyciągnęły mi się ręce. A dwa profile zauważyłam już po skończeniu lektury, wcześniej widziałam tylko samowar ;)

niedziela, 25 kwietnia 2010
"Igrzyska śmierci" Suzanne Collins

"Igrzyska śmierci", to chyba pierwszy polski audiobook, jakiego wysłuchałam. W UK miałam kontakt z angielskimi, były dostępne w bibliotekach i dość chętnie je pożyczałam, bo pozwalały  mi ćwiczyć rozumienie ze słuchu. Ale jeśli chodzi o nabywanie audiobooków, to jestem bardzo oporna. Książka jest przedmiotem, który ma jakąś magię, ma szeleszczące strony które można przewracać, można sobie ją kartkować do przodu i do tyłu, zakreślać fragmenty (jeśli ktoś praktykuje), wracać do ulubionych, czytać po 15 razy to samo zdanie. No i ładnie wygląda na półce ;) Chociaż biorąc pod uwagę ilość wolnego miejsca (zero) oraz powierzchnię jaką zajmuje audiobook (niewielka), może byłby słuszniejszym wyborem. W każdym razie, chęć oszczędzenia wzroku, dręczonego przez wiele godzin dziennie gapieniem się w komputer, spowodowała, że zaryzykowałam i zdecydowałam się "Igrzysk" wysłuchać. (Chociaż jak wiadomo od słuchawek psuje się słuch, więc już nie wiem, czy nie lepiej być tylko ślepą, a nie ślepą i głuchą). Ciężko szło, bo bajki na dobranoc od zawsze są dla mnie najlepszym środkiem usypiającym, więc na ogół odpływałam gdzieś po trzecim zdaniu, za co jednak absolutnie nie można winić ani treści ani formy audiobooka.

Początkowo trudno mi było się przyzwyczaić do żywiołowej intonacji Anny Dereszowskiej. Angielskie audiobooki, z jakimi miałam okazję się zapoznać, były na ogół dość drętwe, czytane bez większych emocji przez panów w średnim wieku. Tymczasem Dereszowska "weszła w rolę". Po chwilowym oporze przyzwyczaiłam się, a po wysłuchaniu całości nie wyobrażam już sobie innej interpretacji. Gdybym teraz czytała wersję drukowaną, i tak będę miała w głowie ten głos.

Bohaterka książki, 16-letnia Katnis Everdeen, mieszka wraz z matką i ukochana młodszą siostrą, Prim, w państwie Panem, które wyrosło na gruzach Stanów Zjednoczonych. Podzielone na 12 dystryktów i rządzone przez bezwzględny Kapitol, kultywuje okrutną tradycję dla upamiętnienia krwawej przeszłości. Co roku spośród młodzieży każdego dystryktu wybieranych jest dwoje, chłopiec i dziewczyna, którzy jako tzw. trybuci są zmuszeni wziąć udział w Głodowych Igrzyskach. Łącznie 24 młodych ludzi obu płci zostaje umieszczonych na gigantycznej arenie, na której walczą na śmierć i życie, aż zostanie tylko jeden zwycięzca. Cała jatka jest transmitowana przez telewizję i z zapartym tchem oglądana przez wszystkich mieszkańców Panem. Katnis trafia na arenę jako przedstawicielka dwunastego dystryktu — jakie ma szanse wobec przeciwników z bogatszych dystryktów, którzy od małego szkoleni byli do walki?

Po zakończeniu miałam mieszane uczucia. Z jednej strony, nie wybiję się ani trochę, byłam zachwycona lekturą. Akcja wciąga od samego początku i ani przez chwilę nie nudzi. Bohaterowie są zdumiewająco wielowymiarowi, jak na przygodową książkę dla młodzieży. Katnis budzi sympatię, będąc przy tym postacią zupełnie niesztampową. Wiele razy wydawało mi się, że wiem, jak coś się potoczy i zawsze byłam zaskakiwana. Do tego świat Panem jest fascynujący, nie jest to po prostu kolejna futurystyczna wizją przyszłości — zdumiewał mnie pomysłowością i wizualną plastycznością. Wczułam się w historię nawet nieco przesadnie:  kiedy zasnęłam podczas słuchania fragmentu o Katnis  na arenie i T. mnie obudził, zerwałam się z krzykiem z myślą, że ktoś mnie dopadł i juz po mnie :) (Na usprawiedliwienie dodam, że byłam wtedy ogólnie zestresowana, co sie pewnie przyczyniło).

Z drugiej strony, Głodowe Igrzyska to ichni, bardziej wyrafinowany Big Brother. Autorka wielokrotnie podkreśla znieczulicę organizatorów, widzów i mieszkańców Kapitolu, dla których prawdziwa śmierć dzieci jest tylko spektaklem, emocjonującym programem telewizyjnym. A co ja robiłam przez parę wieczorów? Tak samo jak oni śledziłam z zapartym tchem walkę. Tak samo jak oni zastanawiałam się, kto wygra, kto zginie i w jaki sposób. Przyjęłam zasady; skoro tylko jedno może przeżyć, kibicowałam Katnis, ze świadomością że oznacza to śmierć pozostałych 23 osób (tak, wiem, że fikcyjnych, ale jednak). No, taki literacki Big Brother...

Przy okazji, T. poinformował mnie, kiedy rozentuzjazmowana relacjonowałam mu treść książki, że pomysł Collins nie jest wcale taki oryginalny jak mi się zdawało. W 1999 r. japoński pisarz Kōshun Takami opublikował swoja powieść "Battle Royal", zawierającą bardzo podobną historię. W świecie przyszłości rząd co roku typuje jedna klasę szkolną, która zostaje wysłana na bezludną wyspę, gdzie przez trzy dni toczy się brutalna walka. Po upływie wyznaczonego czasu, tylko jeden z uczniów może zostać przy życiu. Na podstawie książki nakręcono film, podobno dość głośny. Jestem ciekawa ksiązki, ale nie wiem nawet czy wyszła po polsku, a zreszta chyba nie czuję się chwilowo na siłach brnąć przez kolejny tłum wyrzynajacej się młodzieży.

Drugi tom Collins czeka na półce, ale waham się, czy nie wstrzymać się aż ukaże się trzeci i ostatni i nie cierpieć męk oczekiwania. Byłoby to wskazane, biorąc pod uwagę zestaw książek czekających na przeczytanie, ale o tym następnym razem.

piątek, 23 kwietnia 2010
Światowy Dzień Książki

Z tej okazji wszystkim molom książkowym życzę imponujących stosików.

Źródło

16:01, lilybeth
Link Komentarze (5) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11
kontakt: edytamo@gmail.com


Klasyka Młodego Czytelnika Spis moli


Co czytać?

Lubię czytać


Fight World Hunger