Kategorie: Wszystkie | czytaj | jedz | oglądaj | przeżywaj | tańcz
RSS
poniedziałek, 14 czerwca 2010
"Kamieniarz" Camilla Lackberg

Zarzekałam się, że kolejnej książki z tej serii już nie przeczytam, po rozczarowaniu ostatnią, ale los mnie przechytrzył i przyszła góra do Mahometa. Moja siostra, która w przeciwieństwie do mnie jest zdeklarowaną wielbicielką kryminałów Läckberg, zdobyła kolejny tom, pochłonęła i przyniosła zachwalając. No, to się rzecz jasna skusiłam (zwłaszcza, że to jeszcze przed urodzinami było, a ten normalny stos czekających książek, to przecież nie oznacza, że mam co czytać). I dobrze. Bo "Kamieniarz" jest zdecydowanie lepszy niż poprzednie części, ma naprawdę ciekawą, wielowątkową zagadkę, sporo interesujących obserwacji obyczajowych i lepiej poprowadzoną fabułę.

W morzu zostają znalezione zwłoki małej dziewczynki. Wezwany na miejsce komisarz Patrik Hedström, bohater znany z poprzednich tomów, ze zgrozą zdaje sobie sprawę, że ofiara nie jest mu obca. Co gorsza, to co początkowo wyglądało na nieszczęśliwy wypadek, okazuje się dokonaną z premedytacją zbrodnią. Kto mógł życzyć małej śmierci? Przecież wychowywała się w zdrowej kochającej rodzinie — z braciszkiem, rodzicami i dziadkami. A może to tylko pozory? Co wspólnego z tą zbrodnią mogła mieć żyjąca w latach 20. XX w. młoda, piękna i wyrachowana Agnes, której historia przeplata się z wątkiem współczesnym?

"Kamieniarz" to tak naprawdę opowieść o macierzyństwie: mamy tu matkę dziewczynki, cierpiącą po jej stracie oraz będącą w poważnym konflikcie z własną matką; Erickę, partnerkę Patrika, która niedawno została matką i nie do końca odnajduje się w tej roli; skomplikowane macierzyństwo Agnes. Mnóstwo pobocznych wątków kręci się, celowo, wokół tego tematu — matka niepełnosprawnego syna, matka, która musiała wyrzec się dziecka z winy męża, matka, która wraca do męża-kata "dla dobra dzieci". Samo śledztwo także jest interesujące, i mimo że częściowo rozwiązania zagadki domyśliłam się przed końcem (może oglądałam w życiu więcej amerykańskich seriali kryminalnych niż bohater), i tak gorączkowo przewracałam strony. Ale chyba raczej obyczajowa problematyka sprawiła, że oceniam tą pozycję wyżej niż poprzednie. Nadal nie jest to literatura wybitna, ale całkiem przyzwoity kryminał. W dodatku koniec był na tyle frapujący, że już zaczynam czekać na kolejną część, zatytułowaną "Ofiara losu".

Wypomnę tylko autorce proceder, który krytykowałam już przy "Kaznodziei" — bardzo lubi pisać, że komisarz "zrozumiał wszystko / rozwiązał zagadkę etc.", po czym to, CO konkretnie zrozumiał i wyjaśnił opisuje 20 stron później... U Herculesa Poirot miało to pewien urok, ale we współczesnych kryminałach mnie drażni.

 

EDIT: A w ogóle, to do przeczytania skłoniło mnie też wyzwanie Kraje Nordyckie, o czym zapomniałam wspomnieć — swoją recenzję umieszczam też na tamtejszym blogu.

piątek, 11 czerwca 2010
Podróże małe i duże

Podróże były raczej z tych małych, po Polsce, ale w pełni satysfakcjonujących. Zwiedziłam wiele przepieknych miejsc, w maju na wschodzie, a w czasie długiego czerwcowego weekendu na zachodzie kraju, jakimś cudem rozmijając się z powodzią. (Nie jestem na bieżąco z wiadomościami, bo nie posiadam telewizora, gazet nie kupuję, a informacji  staram się w miarę możliwości unikać, bo katastrofy, których w nich pełno, wprawiaja mnie w koszmarny stan psychiczny. No, ale w dobie Internetu taka całkiem niezorientowana nie jestem, a możliwością potopienia się podczas wycieczki straszyli mnie wszyscy. Powódź jest zjawiskiem przerażającym, a jeszcze bardziej przerażająca jest polityka państwa w kwestii zapobiegania takim klęskom (jak wiadomo wszystkiemu winne są bobry), nie na ten temat jednak chciałam pisać. Koniec dygresji chaotycznej.)

Za każdym razem, kiedy sie nieco oddalam poza rodzime miasto, zaskakuje mnie, jak fascynującym i różnorodnym krajem jest Polska. Można tu znaleźć WSZYSTKO. No, może poza tropikami, ale już i puszcza, i pustynia będzie, a o zabytki klasy zerowej człowiek się niemal potyka.

Tym razem moje wycieczki powiodły mnie m.in. szlakiem pałaców wielkich polskich rodów: Czartoryskich w Puławach, Zamoyskich w Kozłówce i Raczyńskich w Rogalinie (nieopodal znajduje się  zamek Działyńskich w Kórniku, otoczony przepięknym arboretum, któy zwiedzałam juz wcześniej). Proszę moli i bukinistów, jakie to wspaniałe miejsca i jaki fascynujący kawałek historii. Na studiach nie miałam specjalnego nabożeństwa do historii ojczystej, dopiero teraz zaczynam ją odkrywać — może trzeba do niektórych rzeczy dojrzeć.  Z jakichś względów XVIII i XIX wieczna Anglia jest szalenie popularna (sądzę, że względom tym na nazwisko Austen i Bronte, ale nie tylko), a o polskich kobietach w tych czasach w literaturze dość cicho. Tymczasem ich historia to gotowy materiał na serial na miarę "Tudorów". Dość wspomnieć postać Izabeli Czartoryskiej, pani na Puławach, która przyjaźniła się z Maria Antoniną, a sławnym ludziom swoich czasów kradła ponoć drobne przedmioty, bo miały dla niej wartość sentymentalną. Poza legalną małżeńską pierwszą córką Teresą, która tragicznie zmarła w wieku lat 15 na skutek poparzeń, kiedy jej suknia zajęła sie ogniem od kominka, każde z jej dzieci miało innego ojca. Córka Izabeli, Zofia, po mężu Zamojska, uznawana w Europie za najpiękniejszą Polkę, urodziła mężowi, ostatniemu dziedzicowi nazwiska, dziesięcioro dzieci i została okrzyknięta matką rodu — jej portrety zdobią niemal każdą salę w pałacu Zamojskich w Kozłówce.  Jej siostrę Marię, nieszczęśliwie wydaną za Ludwika Wirtemberga, który zdradził Polskę, spotkał gorszy los. Jej jedyny syn, Adam, po rozwodzie pozostał z ojcem, został wychowany w nienawiści do matki i Polaków, a po upadku powstania listopadowego stal na czele oddziału  ostrzeliwującego puławski pałac, w którym przebywały jego matka i babka. Niech mi ktoś powie, że to nie gotowa fabuła  i to z gatunku takich, które wydawałyby się zupełnie nierealistyczne, gdyby nie były prawdziwe.

Dla okraszenia suchego wykładu, zdjęcia:

Pałac Raczyńskich w Rogalinie


Pałac Czartoryskich w Puławach


Pałac Zamoyskich w Kozłówce

A żeby nie było tak całkiem nieksiążkowo, to prezentuję pozycję tematyczną, którą bardzo chciałabym zdobyć, ale chwilowo odstrasza mnie cena:

Rezydencje-muzea w Polsce Łukasza Sadowskiego


wtorek, 08 czerwca 2010
Stosik urodzinowy, czyli najlepszy prezent dla mola :)

Jak widać będę miałą szansę nadrobić pozycje serii z miotłą. Elis Safak mam już Bękarta ze Stambułu, czeka na mój czas wolny, Koniec jest moim początkiem wypatrzyłam w księgarni i bardzo mnie zainteresował, a Pratchett to Pratchett - wiadomo, czytać trzeba. Nie jest to zresztą koniec pozycji urodzinowych, bo sama sobie też mam zamiar zrobić prezent w postaci zakupu, ale na razie waham się między anglojęzycznymi z bookdepository, a polskojęzycznymi z dobraksiazka.net (staram się czytać w oryginale te, które zostały napisane po angielsku, ale zdarzają mi się odstępstwa, ostatnio nazbyt często). W każdym razie stosik raduje me oczy i nic to, że znajdzie sie na wierzchu całej góry książek, które już od miesięcy czekają na przeczytanie. Od nadmiaru głowa nie boli - najwyżej wzrok sie skraca ;)

wtorek, 01 czerwca 2010
"Kotka Brygidy" Joanna Rudniańska

Ta malutka książeczka przygniotła mnie swoim ciężarem emocjonalnym (że tak sobie stylistycznie zaszaleję ;) ). Długo się nad niż wahałam w bibliotece, stała na półce z pozycjami ostatnio oddanymi, wyglądała jak książka dla dzieci. Nie pamiętam nawet czy miała opis na okładce, ale jeśli tak, to niewiele mówiący. Powahałam się , ale spodobał mi się początek, więc zabrałam ze sobą do domu, a potem nie mogłam się oderwać.

Helena ma 6 lat, mieszka z rodzicami i opiekunką Stańcią w świecie który wydaje się idylliczny. Czuwają nad nią trzej Bogowie, którzy mieszkają w trzech kościołach nieopodal jej domu: katolickim, prawosławnym i w synagodze, matka dziewczynki jest Niemką, a po podwórku biegają żydowskie koleżanki. Pewnego dnia wybucha wojna i wszystko się kończy. Kościoły zostają zburzone, znikają koleżanki i sąsiedzi, a pod opiekę Heleny trafia kotka Brygidy, dziewczynki, która musiała przeprowadzić się do getta. Niemiecki wujek przestaje być mile widzianym gościem. Przez dom zaczynają się przewijać obce dzieci, w pośpiechu chrzczone i odsyłane gdzieś daleko. W piwnicach ukrywa się dawny sąsiad. Zatłoczone getto nagle pustoszeje. Wszystkie okropności i tajemnice widziane oczami dziecka, opisane są w prostych oszczędnych, słowach, momentami niemal beznamiętnie - a jednak ukryte w nich znaczenia wywołują ogromne emocje.

Tyle już stworzono na temat wojny, że nie wierzyłam, że można jeszcze napisać o niej w nowy sposób. Do tego język, jakim posługuje się autorka, jest przepiękny - subtelnie poetycki. Szata graficzna sugeruje, że książka jest przeznaczona dla dzieci, ale to chyba mylne wrażenie, nie sądzę by dziecko mogło odczytać całą głębię tam zawartą. Sama bohaterka też dorasta w czasie kilku lat akcji, a w zakończeniu książki następuje przeskok w czasie i możemy ujrzeć starą Helenę, która potrafi już zrozumieć to, co wcześniej tylko obserwowała.

poniedziałek, 24 maja 2010
"Wypadek na ulicy Starowiślnej"

Z książką tą, jako jedyną lektura podróżną, udałam się na wyczekaną wycieczkę i niestety był to błąd. Nastawiłam się na przyjemną lekturę, bo i tematyka, jaka lubię (ach, te zagadki przeszłości), i recenzje korzystne i wywiad z autorką czytałam bardzo sympatyczny, ale, niestety, zawiodłam się okrutnie. Gdyby nie to, że nic innego nie miałam pod ręką, pewnie rzuciłabym ja w kąt.

Oto bohaterka, imienniczka Autorki, samotna matka dorosłych dzieci, początkująca pisarka, znajduje w internetowej gazecie informację o wypadku, jaki miał miejsce w Krakowie w 1900 r., kiedy to przewrócił się wóz strażacki, w wyniku czego ranny został nie kto inny, jak jej rodzony pradziadek Teodor. Zafascynowana tą wieścią sprzed wieku postanawia dowiedzieć sie więcej, w czym próbuje jej dopomóc poznany w bibliotece przystojny dziennikarz, na drugie imię mający, nomen omen, Teodor.

Brzmi zachęcająco, prawda? Tym większę moje rozczarowanie. Juz początek wzbudził moje wątpliwości, bo bohaterka na widok dość banalnej notki wpada w szaleńczy entuzjazm, podzielony przez jej bliskich — ale niech tam już jej będzie. Niestety, dalej akcja książki nie posuwa się wcale. Bohaterka niemrawo odwiedza ciocię, która nic nie pamięta, siedzibę straży, archiwum i bibliotekę, w której niemal żadnych informacji nie znajduje i pewnego starszego pana, który ma podobno interesujace listy z informacjami, ale tylko podobno, bo okazuje się, że nic ciekawego w nich nie ma. I to koniec kwestii zagadki z przeszłości, wątek nie rozwija sie ani na jotę, do pewnego momentu łudziłam się nadzieją na zwrot akcji, ale przestałam na ostatniej stronie.

Drugi wątek, romansowy, nie jest lepszy. Na dwustu stronach bohaterowie spotkali się na może trzech randkach, na jednej bohater krytykował ulubionego piosenkarza bohaterki, na drugiej nie mógł sie skupić, bo rozmyślał o meczu Cracovii. (Może miało to na celu podkreślenie, że to nie żaden książkowy Romeo, tylko facet z krwi i kości, ale jakoś mnie to nie przekonało, bo znam sporo fajnych mężczyzn, którzy nie interesują się piłką nożną, a ci, którzy się nią pasjonują też nie uważają, że to odpowiedni temat na randkę z kobietą. Gdyby mój świeżo poznany wybranek rzucił na randce: "nie mówię nic, bo myslę o meczu Cracovii", wysłałbym delikwenta przed telewizor, prosząc, żeby już sobie przed nim pozostał). Całość przypominała mi gazetowe historie "z życia wzięte", pt. "jak poznałam mojego męża" (również, niestety, stylem literackim), tylko w wersji niemiłosiernie rozwleczonej.

Reklamowane porównanie atmosfery Krakowa współczesnego i dawnego wypadło blado. Kraków wydaje mi się fascynujacy i chętnie przeczytałabym o nim więcej. Niestety, jak dla mnie, gdyby zmienić parę nazw, nikt by sie nie zorientował, o które miasto chodziło — jest tak samo papierowe, jak bohaterowie.

Ale, żeby nie było, że tylko narzekam, znalazłam też coś, co mi się podobało. Trzy fragmenty (szkoda, że takie krótkie), w którym bohaterka w wyobraźni przenosi się w przeszłość, próbując odgadnąć jak wypadek pradziadka Teodora mógł wyglądać oczami zainteresowanych osób, są naprawdę dobre. Widać, że Autorkę pasjonuje historia — nagle opisy nabierają barw, bohaterowie zaczynają nabierać kolorów, akcja wciąga. Atmosfera przypomniała mi moje ukochane opowiadania Zofii Żurakowskiej. Podejrzewam, że gdyby Autorka zechciała napisać historię osadzoną w realiach początków XX wieku, z porządną fabułą, mogłaby wyjść z tego doskonała książka. Będę jej wypatrywać, ale na "Dagerotyp" się nie skuszę, bo do Lucyny i Tadeusza Teodora dwojga imion nie jest mi wcale tęskno.

środa, 19 maja 2010
Spokojny wieczór europejski

Epidemia choroby nie-mam-czasu dopadła i mnie. Śliczny stosik książek pokrywa się kurzem, mimo pogody sprzyjającej wyłącznie leżeniu z herbatką i jakimś grubym tomem pod kocykiem. Nawet audiobook mi nie wchodzi — słucham "Gildii magów" i o ile treść jest ciekawa, to lektorka przyprawia mnie o zgrzytanie zębów. W poniedziałek dopadło mnie szczęście w postaci wolnego popołudnia, niejako przymusowe, bo z powodu całkowicie nieprzespanej nocy nie bardzo nadawałam się do jakichkolwiek zajęć, niestety do czytania również. Na szczęście drętwe wpatrywanie się w ekran wychodziło mi nawet nieźle, dzięki czemu miałam okazję zaliczyć dwie od dawna czekające na obejrzenie produkcje.

Miałam poważne obawy co do "Mikołajka" — wychowałam się na tej serii i przeniesienie tych krótkich celnych opowiadanek na ekran wydawało mi się zadaniem mało prawdopodobnym. Obejrzany zwiastun mnie nie zachwycił, więc nie nastawiałam się za bardzo. Do kina się nie wybrałam, bo unikam oglądania filmów dubbingowanych (z wyjątkiem jedynie-słusznie zdubbingowanego "Shreka"), a w domu mogłam się do woli delektować językiem francuskim.

Zostałam mile zaskoczona, film jest naprawdę uroczy i zabawny. Dzieciaki zostały doskonale dobrane i fantastycznie zagrały,  film ma też niezwykle dopracowane pod względem plastycznym zdjęcia. Historia jest zgrabnie ułożona — Mikołajek dowiaduje się, że jednemu z jego kolegów, Joachimowi, właśnie urodził się braciszek, który angażuje całą uwagę rodziców. Zaczyna podejrzewać, że sam również może spodziewać się w domu podobnej niespodzianki, czemu ze wszystkich sił, swoich i kolegów, decyduje się zapobiec — a to generuje mnóstwo zabawnych przygód. W tym samym czasie Tata Mikołajka stara się zdobyć podwyżkę, a Mama prawo jazdy, nauczycielka próbuje wtłoczyć w małe łebki trochę wiedzy o rzekach Francji,  Alcest zjada co się da, Kleofas nieustannie ląduje w kącie, Gotfryd chwali się swoim bogatym ojcem, Ananiasz podlizuje się pani (niemniej jest tu o wiele sympatyczniejszy niż w książce), a Rosół stara się zaprowadzić porządek.

Można mieć pewne "ale": dla wielbicieli książek całość będzie, mimo wiernych detali, mało "mikołajkowa", bo sam główny bohater chyba najmniej przypomina oryginał — jest zbyt ugrzeczniony. Niemniej, ja nie narzekam, tylko polecam, i dorosłym i dzieciom.

Mikołajek / Le petit Nicolas, 2009
reż. Laurent Tirard

 


Cichy chaos" też swoje odleżał i odczekał. Troche się bałam, że ze względu na tematykę będzie depresyjny, ale nic z tego. Jest bardzo spokojny — tytuł doskonale oddaje treść — włoskiego temperamentu w nim nie uświadczysz.

Główny bohater, Pietro,  ratuje na plaży życie obcej kobiecie i w tym samym czasie traci żonę, która umiera nagłą śmiercią. Zostaje sam z córeczką, Claudią. Nie potrafi sobie poradzić ze swoimi emocjami, boi sie o córkę i stara się być dla niej oparciem. Dotąd był raczej niedzielnym ojcem, stale zajetym pracą w dużej korporacji. Żeby okazać córce, że zawsze będzie przy niej, odporowadza ją do szkoły i obiecuje czekać przez cały czas na skwerku. I czeka. Tak samo następnego dnia, i następnego. Nie pojawia się w pracy, nie robi właściwie nic konkretnego, czeka, siedzi na ławce, spaceruje, macha do córeczki wyglądającej przez okno. Chaos w głowie stara się ukoić robieniem list: lista domów, w których dotąd mieszkał, lista linii lotniczych, którymi latał. Stopniowo wzburzone myśli jednak cichną. Powoli wszyscy przywykają do tego sposobu przezywania żaloby, sekretarka dowozi mu na skwerek papiery do podpisania, koledzy w garniturach przychodzą rozmawiać o ważnej fuzji, która zaprzata głowy wszystkim (poza Pietrem), zjawia się brat, szwagierka, znajomi. Przychodzą i odchodzą, a Pietro czeka.

Nie ma w tym filmie żadnej odkrywczej porady, łatwego pokrzepienia. Jest prosta myśl, że czasem trzeba poczekać, zatrzymać sie, usiąść,  porozglądać. Przewietrzyć swoje priorytety. Zwrócić uwagę na drobiazgi, których zwykle się nie zauważa. Pobyć z innymi. Aż w końcu będzie można ruszyć dalej.

Bardzo ciepły i wyciszający film, z miłymi włoskimi akcentami (bohater popija espresso, podjada pastę, zresztą jeśli z kims o czyms ważnym rozmawia, to tylko przy jedzeniu, dopóki nie pojawia się gość z zagranicy, który upiera się przy rozmowie w samochodzie)  i polskimi niespodziankami w postaci Roberta Polańskiego i Kasi Smutniak.

Cichy chaos / Caos calmo, 2008
reż. Antonio Luigi Grimaldi

niedziela, 16 maja 2010
Kilka miłych rzeczy

Biblioteka jest dobra na wszystko, nawet na chandrę, i to taką poważnie umotywowaną pewnym przykrym wydarzeniem. Udałam się tam w zeszłym tygodniu i chociaż można wypożyczać tylko po cztery książki, ja wyszłam z sześcioma :) Nie, nie wyniosłam ich cichcem, ale udało mi się wypatrzyć dwie na stałym kiermaszu: "Harpie" Chmielewskiej i "Przepiórki w płatkach róży" Laury Esquivel. "Harpie" czytałam bardzo dawno temu, zaraz po opublikowaniu, więc pewnie z dekadę temu i zapamiętałam, że nie była z tych najgorszych, a Chmielewska jest dobra na chandrę. "Przepiórki..." natomiast bardzo chciałam przeczytać. Za obie razem zapłaciłam 4 zł, co zdecydowanie poprawiło mi humor.

Wczoraj natomiast mialam okazję wziąć udział w Nocy Muzeów w Łodzi. Nie udało mi sie niestety dotrzeć do Dętki, bo kolejka była gigantyczna i mam nadzieję, że uda mi się to wkrótce nadrobić. Wstyd trochę, bo atrakcje innych miast zwiedzam, a własnego nie znam.

Odwiedziłam za to ms2 (czyli oddzial Muzeum Sztuki) w Manufakturze. Niestety, nie jestem ani znawczynią, ani wielbicielką sztuki współczesnej, a zbiory ms2 to dzieła XX i XXI w. Kilka rzeczy mi sie spodobało, ale nie poczułam sie specjalnie wzbogacona przez tę wizytę. Wiem, że zupelnie inaczej ogląda się taką wystawę z przewodnikiem, z kimś kto zna historię stojącą za każdym eksponatem. Przykładem może być cykl Romana Opałki Opałka 1965/1-∞,który odzwierciedla przemijanie — przeszłam obok obojętnie, i dopiero ktoś mnie nie zawrócił i wytłumaczył, o co chodzi. Mimo wszystko uwielbiam sztukę tradycyjną właśnie za to, że nawet nie znając kontekstu, w którym powstawała, zachwyca (przynajmniej mnie) — chociaż oczywiście ten, kto ma odpowiednią wiedzę, odczyta dzieło o wiele głębiej, na zupełnie innych poziomach. Z współczesnych, przemawiają do mnie tylko te dzieła, które niejako same tworzą swój kontekst, które pozwalają się interpretować na wiele różnych sposobów, bez wnikania w to, co konkretnie autor mógł mieć na myśli — niemniej nie ukrywam, że jestem laikiem. Zainteresowały mnie, między innymi, zdjęcia Antoniego Libery z cyklu "Pozytywy", rzeźby Łazikowskiego i ten oto stół, nieodparcie kojarzący mi się z "Alicją w krainie czarów" (ubolewam, ze nie zapisałam nazwiska autora, bo dziś już go nie pamiętam).


A tu coś szczególnie pasującego na blog książkowy:


Po ms2 udaliśmy się pośpiesznie do Łódź Art Centre, gdzie o 21 rozpoczynała się Noc dionizyjska, czyli "korowody, tańce, śpiew i muzyka z teatrem Chorea". W programie były pieśni bułgarskie z Eliną Tonevą, która zresztą prowadzi często warsztaty w Fabryce Sztuki, oraz coś z typowego repertuaru Chorei, czyli pieśni antyczne. Uwielbiam śpiew białym głosem i a cappella, chętnie słucham przy każdej okazji, ale wczoraj autentycznie zaparło mi dech w piersiach. Śpiew, w którym można się zanurzyć całemu wraz z głową i nigdy nie chce się wypłynąć, który wibruje w środku, jakby ciało skladało się z wprawionych w drżenie strun. Mam nadzieję, że uda mi się to doświadczenie już wkrótce powtórzyć, bo w czwartek w Fabryce Sztuki odbędzie się przedstawienie "Śpiewy Eurypidesa", a w sierpniu szykuje się wspaniała uczta w postaci Festiwalu Retrospektywy. Mam nadzieję, że kiedyś odważę się sama wybrać na warsztaty i nawet wydać z siebie głos publicznie — a nie śpiewałam chyba od skończenia podstawówki.

Na koniec udaliśmy się na zwiedzanie wystawy w Łódź Art Center w ramach Fotofestiwalu — fotografie uwielbiam, wiele było fantastycznych, i żałowałam tylko, że noc jest taka krótka, bo chętnie spędziłabym tam o wiele więcej czasu.

A w najbliższy weekend czeka mnie wycieczka, na którą bardzo sie cieszę mimo dramatycznej aury za oknem. Marzę o krótkim wypadzie i psychicznym oderwaniu sie od ostatnio dręczących mnie myśli. Oby do lata...

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11
kontakt: edytamo@gmail.com


Klasyka Młodego Czytelnika Spis moli


Co czytać?

Lubię czytać


Fight World Hunger