Kategorie: Wszystkie | czytaj | jedz | oglądaj | przeżywaj | tańcz
RSS
środa, 30 czerwca 2010
Jubileusz mistrza

fot. Wojciech Grzędziński

Mrożek to jeden z bardzo niewielu uwielbianych przeze mnie polskich pisarzy. Zaczęłam go czytać jeszcze jako nastolatka i już wtedy jego trafne obserwacje w połączeniu z absurdalnym humorem bawiły mnie do łez. Wieść o 80. urodzinach twórcy przypomniała mi, że warto by sięgnąć z powrotem do klasyki, nadrobić to czego nie czytałam, odświeżyć to, co już znam (powieść "Maleńkie lato", opowiadania i dramaty — polecam "Męczeństwo Piotra O'Heya" o tragikomicznych komplikacjach w życiu rodziny, w której łazience zalągł się tygrys). Żałuję tylko, że nigdy jego dramatów nie widziałam na scenie.

Z okazji 80 urodzin Sławomira Mrożka przygotowano fetę w Warszawie i Krakowie w postaci festiwalu "Mrożek na XXI wiek” w dniach 23-26 września. Przewidziane są wydarzenia teatralne, wystawy, konkursy dla młodzieży i nauczycieli. Na razie niestety nie ma jeszcze zbyt dokładnych informacji, a pobieżne wyglądają tak:

23 IX

Konferencja prasowa i prezentacja Dziennika w Instytucie Teatralnym w Warszawie
Wieczór urodzinowy Sławomira Mrożka w Teatrze Współczesnym w Warszawie

24 IX

Finał ogólnopolskich konkursów dla młodzieży i nauczycieli — Państwowa Wyższa Szkoła Teatralna w Krakowie

25 IX

Spotkanie z udziałem Sławomira Mrożka w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej w Krakowie

26 IX

„Wielkie Tango” na Rynku Głównym w Krakowie.

Przy okazji Festiwalu ukaże się także kilka publikacji:

  • we wrześniu - pierwszy z trzech tomów „Dziennika” Sławomira Mrożka za lata 1962–1969,  "pisany przez kilkadziesiąt lat, w trzydziestu kilku miastach, kilkunastu krajach i na trzech kontynentach";
  • w październiku - Noir Sur Blanc wyda nieznane utwory sceniczne  Mrożka p.t. „Sztuki odnalezione – małe i mniejsze";
  • w listopadzie - Wydawnictwo Literackie opublikuje czwarty tom korespondencji Mrożka, tym razem z Erwinem Axerem. (Zawsze mnie zastanawia, co będzie za jakieś 50 lat, kiedy korespondencja listowa wymrze do reszty. Będą publikować maile? A może wtedy już niczego nie będą publikować, bo wszystko będzie elektroniczne i będą po prostu udostępniać w Internecie konta mailowe sławnych ludzi? Straszny pomysł. ;))

Kilka linków:

Strona Sławomira Mrożka

Strona Festiwalu (są tam propozycje konkursów dla uczniów i warszatów dla nauczycieli i bibliotekarzy, jeśli ktoś chciałby wziąć udział)

Opowiadanie Słoń czytane przez autora

Fragmenty "Dziennika" do poczytania

Fragment "Dziennika" do posłuchania

wtorek, 29 czerwca 2010
Noc Żywych Bębnów

W sobotę mialam okazję brać udział w fantastycznym wydarzeniu, jakim była Noc Żywych Bębnów, czyli 7. urodziny City Bum Bum w klubie Wytwórnia. Dla niezorientowanych — City Bum Bum to zespół grający tradycyjną muzykę Afryki Zachodniej na bębnach djembe i dundun (głównie, ale nie wiem, czy tylko), z siedzibą z Łodzi. Zespół, założony przez Wojtka Pęczka, fantastycznego człowieka z wyraźnym ADHD ;), współpracuje z rdzennymi afrykańskimi muzykami i dokształca się na miejscu w Afryce, głównie w Gwinei. W Polsce nie tylko wystepuje, ale także prowadzi warsztaty (w których miałam przyjemność uczestniczyć) i regularne zajęcia (o których po tym koncercie zaczęłam marzyć). Skupia naprawdę wspaniałych ludzi, pełnych energii w sposób prawie zatrważający ;) — koncert trwał ponad 4 godziny, a Wojtek i Sylwia nie dostali nawet zadyszki.

Koncert rozpoczął się od przeglądu grup uczących się gry na djembe. Zaczęło się od międzynarodowego projektu — w jednej grupie znaleźli się ludzie z m.in.  Polski, Litwy, Irlandii i Austrii. Język bębnów okazał się ponadkulturowy, a uczestnicy grając rytmy charakterystyczne dla swoich narodów, stworzyli naprawdę rewelacyjną "afrykańską" muzykę. Później, w czasie przeglądu grup regularnych, wzruszył mnie widok dystyngowanej siwowłosej pani w okularach z zapalem walącej w bęben — mam nadzieję, że za jakiś czas nie skapcanieję na kanapie (z książką, hehe), tylko też nadal będzie mi się chciało. W jednej grupie był ojciec z nastoletnim synem — wspólna pasja jako, moim zdaniem, doskonały sposób na zacieśnianie miedzypokoleniowej więzi.

W części finałowej, udział poza City Bum Bum wzięły także polskie grupy Konoba z Warszawy i Foliba z Wrocławia oraz kilka pięknych dziewcząt tańczących taniec afrykański. Gwiazdami wieczoru byli: Seckou Keita z Senegalu, grający na korze, oraz śpiewaczka i tancerka Fanta Konate z Gwinei. Przepięknej muzyki Seckou Keita mozna posłuchać np. tutaj, a fragmentu sobotniego występu Fanty tu. Fanta prowadzi też w dniach 28-30 czerwca warsztaty tańca afrykańskiego. Przy okazji dowiedziałam się, że w niedzielę odbyły się pierwsze od dawna wolne wybory w Gwinei, więc oczywiście trzymam kciuki, żeby wynik byl jak najbardziej korzystny dla tego kraju.

Urodziny City Bum Bum, jak to urodziny, odbywają się co rok, mam nadzieję, że zespół będzie grał nam jeszcze długie lata, więc wszystkim, którzy nie mieli okazji widzieć go w akcji, polecam przybycie za rok.

poniedziałek, 28 czerwca 2010
"Mężczyzna, który się uśmiechał" Henning Mankell

Miałam ostatnio taką głupią myśl, że Wallander mi się już nieco znudził. Nie czytałam wszystkich tomów o nim, co więcej, nie czytałam chyba nawet połowy, ale jakoś tak wszędzie go pełno. Każdy skandynawski kryminał przyrównuje się do Mankella, pełno na blogach recenzji jego książek, w telewizji leci serial i w ogóle. No, ile można. W dodatku czytana nie tak dawno "Biała lwica" dosyć mnie rozczarowała, "Psy z Rygi" też nie powaliły na kolana. Z tych względów "Mężczyzna, który się uśmiechał" odstał u mnie na półce solidne kilka miesięcy w porywach do roku. Zmotywował mnie w końcu serial "Wallander" z Branaghem, zaczęłam go oglądać i postanowiłam zdążyć z lekturą przed odcinkiem na podstawie tej części. Udało mi się bez problemu, bo wsiąkłam od pierwszej strony.

Kurt Wallander przeżywa traumę po zabiciu człowieka w trakcie śledztwa. Przeżywa ją bardzo autodestrukcyjnie, wpadając w depresję, alkoholizm, a wręcz i puszczając się na prawo i na lewo. Powolne próby dojścia do siebie przerywa mu wizyta starego znajomego, adwokata Stena Torstenssona, który prosi go o pomoc w sprawie śmierci swojego ojca. Kurt odmawia — nie czuje się na siłach wracać do gry, ojciec Stena zginął zresztą w wypadku samochodowym, co nie wydaje się podejrzane. Kiedy jednak wkrótce potem Wallander wraca do Ystad z postanowieniem wycofania się ze służby, spada na niego wstrząsająca wiadomość dotycząca Torstenssonów.

Teraz już jestem pewna, że Mankell mi się nie znudzi. Uwielbiam go za trzymającą w napięciu, chociaż powoli toczącą się akcję. Za omylnych bohaterów. Za niesztampowe zagadki — Mankell unika banalnych "seryjnych zabójców", "psychopatów", którzy zabijają, bo "ten typ tak ma, widać geny lub uraz w dzieciństwie". Główną rolę gra motyw. Często od początku wiadomo, kto zabił, a naprawdę dręczącym problemem jest "dlaczego". Zagadki, choć pozornie skomplikowane, są bardzo logicznie i "życiowo" umotywowane, bez przesadnego wyginania wyobraźni. Brak opisów wymyślnych okaleczeń, a ofiarami nie są młode kobiety i dzieci (jako wywołujące największe współczucie u odbiorcy). W zamian za to wszystko jestem gotowa wybaczyć Mankellowi pewne niedoróbki w "Mężczyźnie...", w postaci rozrzucania przez mordercę dowodów rzeczowych, a wręcz i osobowych, na wszystkie strony z niesfrasobliwością nieco naciąganą.

Od razu dodam, że po skończeniu książki, przystąpiłam do oglądania właściwego odcinka i... bardzo się rozczarowałam. Cały serial naprawdę mi się podoba, zwłaszcza postać Wallandera, zdjęcia i klimat, ale w "Mężczyźnie..." dokonano tak znaczących przeróbek, że chyba tylko imiona bohaterów pozostały bez zmian. Zdecydowanie nie umywa się do książki.

niedziela, 27 czerwca 2010
"Jestem tu od wieków" Mariolina Venezia

Musze przyznać, że po skończonej lekturze mam bardzo mieszane uczucia. Naczytałam się wiele dobrego o tej autorce i miałam wielką ochotę na jej książkę, co być może przesadnie wywindowało moje oczekiwania. Nie znam właściwie włoskiej literatury i byłam jej ciekawa, a do tego lubię sagi. I chyba trochę się rozczarowałam.

Venezia opisuje losy rodziny Francesca Falcone z Grottole i jego potomkiń. W szalonym pędzie przez wieki poznajemy konkubinę Francesca, śliczną Concettę, która uparcie rodzi córki, choć Francesco marzy o synu. Jej córkę Albinę, która żyje w nienawiści do własnej siostry Constanzy, przez którą nie poślubiła barona (choć nie to było źródłem nienawiści). Jej z kolei córkę Candidę, na punkcie której szaleli mężczyźni, choć nie oszałamiala urodą. Następnie bohaterką staje się córka Candidy, po babci nazwana Albą, obsesyjnie nie znosząca brudu, najlepiej odnajdująca się na wyszorowanej do czysta przyklasztornej pensji. I wreszcie poznajemy finałową postać — Gioię, córkę Alby. W tle burzy sie historia, od jednoczenia się Włoch poprzez dwie wojny, aż po ruchy lewicowe w XX w.

Pęd przez wieki był dla mnie nieco zbyt szalony — każda postać przedstawiana byla dość pobieżnie, autorka poświęcała jej kilka chwil, rzucała garść anegdot, dziewczę się zakochiwało, rodziło dzieci i już pisarka pędziła do następnej. Nie miałam okazji przywiązać się do żadnej, zainteresować się jej losami, żadna nie wydala mi sie postacia z krwi i kości. Tło było li i jedynie tłem, niby wydarzenia historyczne jakiś wpływ na bohaterów miały, ale z powodu tempa akcji odmalowane były niezbyt starannie i w sumie nie dowiedziałam się o Włoszech niczego, czego bym nie wiedziała wcześniej (a ekspertem nie jestem). Najlepiej czytało mi się opowieść o Albie, może dlatego że w ogóle lubię historie o szkołach z internatem*, a może dlatego że autorka nieco przy niej zwolniła. Niestety, najgorzej szło mi z ostatnim fragmentem o Gioi, najbardziej współczesnym. Wraz ze zmianą czasów autorka zmieniła także styl pisania, z realizmu nieco magicznego przeszła na język poszarpany i pełen niedomówień, co zupełnie nie pasowało mi do reszty, a i sama wyemancypowana (na tle przodkiń) bohaterka nie wbudziła mojej sympatii.

Nie mogę powiedzieć, żeby mi się całkiem nie podobało, przypadła mi do gustu sama idea książki, dobrze oddana w tytule myśl, że każdy z nas, nie zdając sobie z tego sprawy, ma za sobą wieki historii, ludzi, dzięki którym istniejemy, a którzy zniknęli w mrokach dziejów, a kiedyś przecież żyli, oddychali,  kochali i nienawidzili. Podobało mi się też bardzo pokazanie kobiecej strony tej historii, zamiast standardowego podejścia "najstarszy syn najstarszego syna".

Nie zraziłam się do włoskiej literatury i mam ogromna ochotę sięgnąć po Mazucco i jej "Vitę". Natomiast jeśli chodzi o sagi, to pozostanę przy moich ulubionych i niedoścignionych "Stu latach samotności" Marqueza i "Domu duchów" Allende.

 

* Co do szkół z internatem, to mam w planach prywatne wyzwanie obejmujące książki i filmy o takowych, na razie gromadzę pozycję. Gromadzenie jest przyjemne :)

piątek, 18 czerwca 2010
Millenium - trylogia filmowa

Jak widać, ostatnio pozostaję w kręgu skandynawskim (nawet bardziej niż widać, bo właśnie rozpoczęłam ogladanie Wallandera). Bardzo mnie ciekawiła szwedzka ekranizacja Millenium. Muszę przyznać, że o szwedzkiej filmografii wiem tyle co nic, w porywach do niewiele — zatrzymałam się na etapie ekranizacji książek Astrid Lindgren, bardzo dobrych zresztą, jeśli ktoś nie widział, to gorąco polecam "Ronję, córkę zbójnika" — to moja ukochana książka tej autorki, a ekranizacja fantastyczna.

Wracając do tematu, byłam dość sceptycznie nastawiona przed seansami, bo nawet z najlepszej książki można zrobić koszmarek filmowy (chyba nawet łatwiej niż ze zlej, zwłaszcza, że i oczekiwania wyższe). Do tego w każdym tomie Millenium wystepowała taka mnogość postaci i wątków, że trudno mi bylo sobie wyobrazic upchnięcie tego w dwóch godzinach. No i, rzecz jasna, każdy ma wlasną wizję głównych bohaterów, a sądząc po zdjęciach, moja nie pokrywała się z wizją reżysera.

Mimo wszystko, zostałam pozytywnie zaskoczona. Aktorzy naprawdę są doskonale dobrani. Do Noomi Rapace w roli Lisbeth przekonałam się bardzo szybko, była niezwykle przekonująca, Salander jak żywa. Myślę, że bez znajomości książki bylo może nieco trudniej zrozumieć jej postępowanie, bo jako że Lisbeth nie uzewnętrznia uczuć, za to wiele dzieje się w jej głowie, czego w filmie nie dało się przekazać. Trochę zastrzeżeń miałam do Michaela Nyqvista (Blomkvist), bo nie robi na mnie wrażenia faceta, któremu kobiety wskakują do łóżka hurtem, ale w sumie ten wątek został w filmie całkowicie pominięty, a aktor zdolny, więc już się nie będę czepiać.

Oczywiście, żeby udało się zmieścić akcję w określonym czasie, sporo wątków trzeba było wyciąć, część mocno skrócić. (Tak naprawdę, każdy tom to material na sezon serialu.) W ten sposób wyleciał np. z trzeciej części wątek Eriki pracującej jako redaktor naczelna dużego dziennika — w filmie w ogóle nie zmieniła pracy. W pierwszej części zdawkowo potraktowano wydawnictwo, prawie się nie pojawia, film skupia się niemal wyłącznie na poszukiwaniach Harriet. Niemniej, to co zostało, zekranizowano naprawdę porządnie i zgodnie z duchem oryginału. Oglądaliśmy filmy razem z T. — ja namiętna fanka trylogii i T., który książki nie czytał i wiedział tylko to, co zdążyłam mu wcześniej entuzjastycznie zreferować. Obydwoje bawiliśmy się doskonale, T. nie miał problemu ze śledzeniem akcji i połapaniem się w bohaterach (przy nagromadzeniu krewnych Henrika Vangera i członków SAPO bałam się, że sama zginę wśród nadmiaru twarzy zwlewających się w jedno), a ja — mimo że doskonale pamiętałam, o co chodzi i jak się wszystko kończy, i tak śledziłam akcję w napięciu, co jest chyba dobrą rekomendacją. Najsłabiej wypadła, moim zdaniem, trzecia część, wyrzucenie sporego wątku Eriki, nieco ją zubożyło, a proces Lisbeth wyszedł chyba trochę skrócony. Jeśli ktoś lubi ekranizacje albo żałuje, że Millenium nie ma czwartej części i chciałby jeszcze poprzebywać w towarzystwie Lisbeth i Michaela, polecam obejrzeć.

wtorek, 15 czerwca 2010
"Nocna zamieć" Johan Theorin

Zastanawiam się, czy jest jeszcze ktoś, kto tego nie czytał, czy może ja byłam ostatnia ;) Jeśli jednak ktoś sie uchował, powinien natychmiast nadrobić lekturę, bo to doskonała książka. Przez długi czas odpychała mnie okładka, która zdecydowanie kojarzyła mi się z marnym powieścidłem klasy B: facet w zakrwawionych spodniach i z siekierą + duchy w tle = to się musi sprzedać. Nie podejrzewam wydawnictwa Czarne o granie na najniższych instynktach czytelników, więc może komuś się jednak ta okładka spodobała. Moim zdaniem Theorin zasłużył jednak na coś więcej. W każdym razie, po kilku entuzjastycznych recenzjach postanowiłam książkę nabyć, a na okładkę starać się na patrzeć. I przyznaję, że był to świetny pomysł.

Bohater, Joakim Westin, przeprowadza się wraz z rodziną (żoną i dwójką dzieci) ze Sztokholmu do północnej Olandii, do wielkiego starego domu nad brzegiem morza, nieopodal dwóch latarni morskich. Miejsce wydaje się spokojne i urokliwe — Joakim ma nadzieję, że uwolni się tu od prześladujących go wspomnień z przeszłości. Niestety, dom skrywa mroczną historię. Kiedy w rodzinie Westinów dochodzi do tragedii, Joakim uswiadamia sobie, jak wielu ludzi zginęło na przestrzeni ubiegłego wieku w obrębie posiadłości. Legenda mówi, że zmarli wracają w dzień Bożego Narodzenia...

"Nocna zamieć" to mieszanka kryminału i opowieści o duchach, w najlepszym stylu, trzymająca w napięciu od pierwszej strony, z nieprzewidywalnym zakończeniem. Sam obrazek: stary drewniany dom, dwie morskie latarnie i szaleńczy fåk, już przemawia do wyobraźni. A do tego trzeba dodać fantastyczny nastrój narastającej grozy i chłodno-mroczno-chmurny klimat całości. Literatura skandynawska do kwadratu :)

Książkę przeczytałam w ramach wyzwania Kraje Nordyckie.

poniedziałek, 14 czerwca 2010
"Kamieniarz" Camilla Lackberg

Zarzekałam się, że kolejnej książki z tej serii już nie przeczytam, po rozczarowaniu ostatnią, ale los mnie przechytrzył i przyszła góra do Mahometa. Moja siostra, która w przeciwieństwie do mnie jest zdeklarowaną wielbicielką kryminałów Läckberg, zdobyła kolejny tom, pochłonęła i przyniosła zachwalając. No, to się rzecz jasna skusiłam (zwłaszcza, że to jeszcze przed urodzinami było, a ten normalny stos czekających książek, to przecież nie oznacza, że mam co czytać). I dobrze. Bo "Kamieniarz" jest zdecydowanie lepszy niż poprzednie części, ma naprawdę ciekawą, wielowątkową zagadkę, sporo interesujących obserwacji obyczajowych i lepiej poprowadzoną fabułę.

W morzu zostają znalezione zwłoki małej dziewczynki. Wezwany na miejsce komisarz Patrik Hedström, bohater znany z poprzednich tomów, ze zgrozą zdaje sobie sprawę, że ofiara nie jest mu obca. Co gorsza, to co początkowo wyglądało na nieszczęśliwy wypadek, okazuje się dokonaną z premedytacją zbrodnią. Kto mógł życzyć małej śmierci? Przecież wychowywała się w zdrowej kochającej rodzinie — z braciszkiem, rodzicami i dziadkami. A może to tylko pozory? Co wspólnego z tą zbrodnią mogła mieć żyjąca w latach 20. XX w. młoda, piękna i wyrachowana Agnes, której historia przeplata się z wątkiem współczesnym?

"Kamieniarz" to tak naprawdę opowieść o macierzyństwie: mamy tu matkę dziewczynki, cierpiącą po jej stracie oraz będącą w poważnym konflikcie z własną matką; Erickę, partnerkę Patrika, która niedawno została matką i nie do końca odnajduje się w tej roli; skomplikowane macierzyństwo Agnes. Mnóstwo pobocznych wątków kręci się, celowo, wokół tego tematu — matka niepełnosprawnego syna, matka, która musiała wyrzec się dziecka z winy męża, matka, która wraca do męża-kata "dla dobra dzieci". Samo śledztwo także jest interesujące, i mimo że częściowo rozwiązania zagadki domyśliłam się przed końcem (może oglądałam w życiu więcej amerykańskich seriali kryminalnych niż bohater), i tak gorączkowo przewracałam strony. Ale chyba raczej obyczajowa problematyka sprawiła, że oceniam tą pozycję wyżej niż poprzednie. Nadal nie jest to literatura wybitna, ale całkiem przyzwoity kryminał. W dodatku koniec był na tyle frapujący, że już zaczynam czekać na kolejną część, zatytułowaną "Ofiara losu".

Wypomnę tylko autorce proceder, który krytykowałam już przy "Kaznodziei" — bardzo lubi pisać, że komisarz "zrozumiał wszystko / rozwiązał zagadkę etc.", po czym to, CO konkretnie zrozumiał i wyjaśnił opisuje 20 stron później... U Herculesa Poirot miało to pewien urok, ale we współczesnych kryminałach mnie drażni.

 

EDIT: A w ogóle, to do przeczytania skłoniło mnie też wyzwanie Kraje Nordyckie, o czym zapomniałam wspomnieć — swoją recenzję umieszczam też na tamtejszym blogu.

 
1 , 2
kontakt: edytamo@gmail.com


Klasyka Młodego Czytelnika Spis moli


Co czytać?

Lubię czytać


Fight World Hunger