Kategorie: Wszystkie | czytaj | jedz | oglądaj | przeżywaj | tańcz
RSS
poniedziałek, 24 maja 2010
"Wypadek na ulicy Starowiślnej"

Z książką tą, jako jedyną lektura podróżną, udałam się na wyczekaną wycieczkę i niestety był to błąd. Nastawiłam się na przyjemną lekturę, bo i tematyka, jaka lubię (ach, te zagadki przeszłości), i recenzje korzystne i wywiad z autorką czytałam bardzo sympatyczny, ale, niestety, zawiodłam się okrutnie. Gdyby nie to, że nic innego nie miałam pod ręką, pewnie rzuciłabym ja w kąt.

Oto bohaterka, imienniczka Autorki, samotna matka dorosłych dzieci, początkująca pisarka, znajduje w internetowej gazecie informację o wypadku, jaki miał miejsce w Krakowie w 1900 r., kiedy to przewrócił się wóz strażacki, w wyniku czego ranny został nie kto inny, jak jej rodzony pradziadek Teodor. Zafascynowana tą wieścią sprzed wieku postanawia dowiedzieć sie więcej, w czym próbuje jej dopomóc poznany w bibliotece przystojny dziennikarz, na drugie imię mający, nomen omen, Teodor.

Brzmi zachęcająco, prawda? Tym większę moje rozczarowanie. Juz początek wzbudził moje wątpliwości, bo bohaterka na widok dość banalnej notki wpada w szaleńczy entuzjazm, podzielony przez jej bliskich — ale niech tam już jej będzie. Niestety, dalej akcja książki nie posuwa się wcale. Bohaterka niemrawo odwiedza ciocię, która nic nie pamięta, siedzibę straży, archiwum i bibliotekę, w której niemal żadnych informacji nie znajduje i pewnego starszego pana, który ma podobno interesujace listy z informacjami, ale tylko podobno, bo okazuje się, że nic ciekawego w nich nie ma. I to koniec kwestii zagadki z przeszłości, wątek nie rozwija sie ani na jotę, do pewnego momentu łudziłam się nadzieją na zwrot akcji, ale przestałam na ostatniej stronie.

Drugi wątek, romansowy, nie jest lepszy. Na dwustu stronach bohaterowie spotkali się na może trzech randkach, na jednej bohater krytykował ulubionego piosenkarza bohaterki, na drugiej nie mógł sie skupić, bo rozmyślał o meczu Cracovii. (Może miało to na celu podkreślenie, że to nie żaden książkowy Romeo, tylko facet z krwi i kości, ale jakoś mnie to nie przekonało, bo znam sporo fajnych mężczyzn, którzy nie interesują się piłką nożną, a ci, którzy się nią pasjonują też nie uważają, że to odpowiedni temat na randkę z kobietą. Gdyby mój świeżo poznany wybranek rzucił na randce: "nie mówię nic, bo myslę o meczu Cracovii", wysłałbym delikwenta przed telewizor, prosząc, żeby już sobie przed nim pozostał). Całość przypominała mi gazetowe historie "z życia wzięte", pt. "jak poznałam mojego męża" (również, niestety, stylem literackim), tylko w wersji niemiłosiernie rozwleczonej.

Reklamowane porównanie atmosfery Krakowa współczesnego i dawnego wypadło blado. Kraków wydaje mi się fascynujacy i chętnie przeczytałabym o nim więcej. Niestety, jak dla mnie, gdyby zmienić parę nazw, nikt by sie nie zorientował, o które miasto chodziło — jest tak samo papierowe, jak bohaterowie.

Ale, żeby nie było, że tylko narzekam, znalazłam też coś, co mi się podobało. Trzy fragmenty (szkoda, że takie krótkie), w którym bohaterka w wyobraźni przenosi się w przeszłość, próbując odgadnąć jak wypadek pradziadka Teodora mógł wyglądać oczami zainteresowanych osób, są naprawdę dobre. Widać, że Autorkę pasjonuje historia — nagle opisy nabierają barw, bohaterowie zaczynają nabierać kolorów, akcja wciąga. Atmosfera przypomniała mi moje ukochane opowiadania Zofii Żurakowskiej. Podejrzewam, że gdyby Autorka zechciała napisać historię osadzoną w realiach początków XX wieku, z porządną fabułą, mogłaby wyjść z tego doskonała książka. Będę jej wypatrywać, ale na "Dagerotyp" się nie skuszę, bo do Lucyny i Tadeusza Teodora dwojga imion nie jest mi wcale tęskno.

środa, 19 maja 2010
Spokojny wieczór europejski

Epidemia choroby nie-mam-czasu dopadła i mnie. Śliczny stosik książek pokrywa się kurzem, mimo pogody sprzyjającej wyłącznie leżeniu z herbatką i jakimś grubym tomem pod kocykiem. Nawet audiobook mi nie wchodzi — słucham "Gildii magów" i o ile treść jest ciekawa, to lektorka przyprawia mnie o zgrzytanie zębów. W poniedziałek dopadło mnie szczęście w postaci wolnego popołudnia, niejako przymusowe, bo z powodu całkowicie nieprzespanej nocy nie bardzo nadawałam się do jakichkolwiek zajęć, niestety do czytania również. Na szczęście drętwe wpatrywanie się w ekran wychodziło mi nawet nieźle, dzięki czemu miałam okazję zaliczyć dwie od dawna czekające na obejrzenie produkcje.

Miałam poważne obawy co do "Mikołajka" — wychowałam się na tej serii i przeniesienie tych krótkich celnych opowiadanek na ekran wydawało mi się zadaniem mało prawdopodobnym. Obejrzany zwiastun mnie nie zachwycił, więc nie nastawiałam się za bardzo. Do kina się nie wybrałam, bo unikam oglądania filmów dubbingowanych (z wyjątkiem jedynie-słusznie zdubbingowanego "Shreka"), a w domu mogłam się do woli delektować językiem francuskim.

Zostałam mile zaskoczona, film jest naprawdę uroczy i zabawny. Dzieciaki zostały doskonale dobrane i fantastycznie zagrały,  film ma też niezwykle dopracowane pod względem plastycznym zdjęcia. Historia jest zgrabnie ułożona — Mikołajek dowiaduje się, że jednemu z jego kolegów, Joachimowi, właśnie urodził się braciszek, który angażuje całą uwagę rodziców. Zaczyna podejrzewać, że sam również może spodziewać się w domu podobnej niespodzianki, czemu ze wszystkich sił, swoich i kolegów, decyduje się zapobiec — a to generuje mnóstwo zabawnych przygód. W tym samym czasie Tata Mikołajka stara się zdobyć podwyżkę, a Mama prawo jazdy, nauczycielka próbuje wtłoczyć w małe łebki trochę wiedzy o rzekach Francji,  Alcest zjada co się da, Kleofas nieustannie ląduje w kącie, Gotfryd chwali się swoim bogatym ojcem, Ananiasz podlizuje się pani (niemniej jest tu o wiele sympatyczniejszy niż w książce), a Rosół stara się zaprowadzić porządek.

Można mieć pewne "ale": dla wielbicieli książek całość będzie, mimo wiernych detali, mało "mikołajkowa", bo sam główny bohater chyba najmniej przypomina oryginał — jest zbyt ugrzeczniony. Niemniej, ja nie narzekam, tylko polecam, i dorosłym i dzieciom.

Mikołajek / Le petit Nicolas, 2009
reż. Laurent Tirard

 


Cichy chaos" też swoje odleżał i odczekał. Troche się bałam, że ze względu na tematykę będzie depresyjny, ale nic z tego. Jest bardzo spokojny — tytuł doskonale oddaje treść — włoskiego temperamentu w nim nie uświadczysz.

Główny bohater, Pietro,  ratuje na plaży życie obcej kobiecie i w tym samym czasie traci żonę, która umiera nagłą śmiercią. Zostaje sam z córeczką, Claudią. Nie potrafi sobie poradzić ze swoimi emocjami, boi sie o córkę i stara się być dla niej oparciem. Dotąd był raczej niedzielnym ojcem, stale zajetym pracą w dużej korporacji. Żeby okazać córce, że zawsze będzie przy niej, odporowadza ją do szkoły i obiecuje czekać przez cały czas na skwerku. I czeka. Tak samo następnego dnia, i następnego. Nie pojawia się w pracy, nie robi właściwie nic konkretnego, czeka, siedzi na ławce, spaceruje, macha do córeczki wyglądającej przez okno. Chaos w głowie stara się ukoić robieniem list: lista domów, w których dotąd mieszkał, lista linii lotniczych, którymi latał. Stopniowo wzburzone myśli jednak cichną. Powoli wszyscy przywykają do tego sposobu przezywania żaloby, sekretarka dowozi mu na skwerek papiery do podpisania, koledzy w garniturach przychodzą rozmawiać o ważnej fuzji, która zaprzata głowy wszystkim (poza Pietrem), zjawia się brat, szwagierka, znajomi. Przychodzą i odchodzą, a Pietro czeka.

Nie ma w tym filmie żadnej odkrywczej porady, łatwego pokrzepienia. Jest prosta myśl, że czasem trzeba poczekać, zatrzymać sie, usiąść,  porozglądać. Przewietrzyć swoje priorytety. Zwrócić uwagę na drobiazgi, których zwykle się nie zauważa. Pobyć z innymi. Aż w końcu będzie można ruszyć dalej.

Bardzo ciepły i wyciszający film, z miłymi włoskimi akcentami (bohater popija espresso, podjada pastę, zresztą jeśli z kims o czyms ważnym rozmawia, to tylko przy jedzeniu, dopóki nie pojawia się gość z zagranicy, który upiera się przy rozmowie w samochodzie)  i polskimi niespodziankami w postaci Roberta Polańskiego i Kasi Smutniak.

Cichy chaos / Caos calmo, 2008
reż. Antonio Luigi Grimaldi

niedziela, 16 maja 2010
Kilka miłych rzeczy

Biblioteka jest dobra na wszystko, nawet na chandrę, i to taką poważnie umotywowaną pewnym przykrym wydarzeniem. Udałam się tam w zeszłym tygodniu i chociaż można wypożyczać tylko po cztery książki, ja wyszłam z sześcioma :) Nie, nie wyniosłam ich cichcem, ale udało mi się wypatrzyć dwie na stałym kiermaszu: "Harpie" Chmielewskiej i "Przepiórki w płatkach róży" Laury Esquivel. "Harpie" czytałam bardzo dawno temu, zaraz po opublikowaniu, więc pewnie z dekadę temu i zapamiętałam, że nie była z tych najgorszych, a Chmielewska jest dobra na chandrę. "Przepiórki..." natomiast bardzo chciałam przeczytać. Za obie razem zapłaciłam 4 zł, co zdecydowanie poprawiło mi humor.

Wczoraj natomiast mialam okazję wziąć udział w Nocy Muzeów w Łodzi. Nie udało mi sie niestety dotrzeć do Dętki, bo kolejka była gigantyczna i mam nadzieję, że uda mi się to wkrótce nadrobić. Wstyd trochę, bo atrakcje innych miast zwiedzam, a własnego nie znam.

Odwiedziłam za to ms2 (czyli oddzial Muzeum Sztuki) w Manufakturze. Niestety, nie jestem ani znawczynią, ani wielbicielką sztuki współczesnej, a zbiory ms2 to dzieła XX i XXI w. Kilka rzeczy mi sie spodobało, ale nie poczułam sie specjalnie wzbogacona przez tę wizytę. Wiem, że zupelnie inaczej ogląda się taką wystawę z przewodnikiem, z kimś kto zna historię stojącą za każdym eksponatem. Przykładem może być cykl Romana Opałki Opałka 1965/1-∞,który odzwierciedla przemijanie — przeszłam obok obojętnie, i dopiero ktoś mnie nie zawrócił i wytłumaczył, o co chodzi. Mimo wszystko uwielbiam sztukę tradycyjną właśnie za to, że nawet nie znając kontekstu, w którym powstawała, zachwyca (przynajmniej mnie) — chociaż oczywiście ten, kto ma odpowiednią wiedzę, odczyta dzieło o wiele głębiej, na zupełnie innych poziomach. Z współczesnych, przemawiają do mnie tylko te dzieła, które niejako same tworzą swój kontekst, które pozwalają się interpretować na wiele różnych sposobów, bez wnikania w to, co konkretnie autor mógł mieć na myśli — niemniej nie ukrywam, że jestem laikiem. Zainteresowały mnie, między innymi, zdjęcia Antoniego Libery z cyklu "Pozytywy", rzeźby Łazikowskiego i ten oto stół, nieodparcie kojarzący mi się z "Alicją w krainie czarów" (ubolewam, ze nie zapisałam nazwiska autora, bo dziś już go nie pamiętam).


A tu coś szczególnie pasującego na blog książkowy:


Po ms2 udaliśmy się pośpiesznie do Łódź Art Centre, gdzie o 21 rozpoczynała się Noc dionizyjska, czyli "korowody, tańce, śpiew i muzyka z teatrem Chorea". W programie były pieśni bułgarskie z Eliną Tonevą, która zresztą prowadzi często warsztaty w Fabryce Sztuki, oraz coś z typowego repertuaru Chorei, czyli pieśni antyczne. Uwielbiam śpiew białym głosem i a cappella, chętnie słucham przy każdej okazji, ale wczoraj autentycznie zaparło mi dech w piersiach. Śpiew, w którym można się zanurzyć całemu wraz z głową i nigdy nie chce się wypłynąć, który wibruje w środku, jakby ciało skladało się z wprawionych w drżenie strun. Mam nadzieję, że uda mi się to doświadczenie już wkrótce powtórzyć, bo w czwartek w Fabryce Sztuki odbędzie się przedstawienie "Śpiewy Eurypidesa", a w sierpniu szykuje się wspaniała uczta w postaci Festiwalu Retrospektywy. Mam nadzieję, że kiedyś odważę się sama wybrać na warsztaty i nawet wydać z siebie głos publicznie — a nie śpiewałam chyba od skończenia podstawówki.

Na koniec udaliśmy się na zwiedzanie wystawy w Łódź Art Center w ramach Fotofestiwalu — fotografie uwielbiam, wiele było fantastycznych, i żałowałam tylko, że noc jest taka krótka, bo chętnie spędziłabym tam o wiele więcej czasu.

A w najbliższy weekend czeka mnie wycieczka, na którą bardzo sie cieszę mimo dramatycznej aury za oknem. Marzę o krótkim wypadzie i psychicznym oderwaniu sie od ostatnio dręczących mnie myśli. Oby do lata...

niedziela, 09 maja 2010
"W pierścieniu ognia" Suzanne Collins

Cierpliwość nigdy nie zaliczala się do moich zalet, więc szybki porzuciłam plan wstrzymania się z wysłuchaniem drugiego tomu Igrzysk Śmierci do ukazania się ostatniej części, i pochłonęłam go w dwa dni. Ostrzeżenie dla tych, którzy nie czytali jeszcze pierwszego tomu — w poniższym opisie są spoilery.

Katniss, która wyszła zwycięsko z Głodowych Igrzysk i dzieki sprytowi uratowała Peetę, nie może spać spokojnie. Otrzymała nagrodę dla zwycięzcy, ma piękny nowy dom i nie cierpi już głodu, a nawet może wspomagać biedniejszych znajomych. Jednak jej zachowanie na Igrzyskach zostało odczytane jako bunt — nie tylko przez władze, ale i przez wielu obywateli Panem. Prezydent Snow życzy sobie by Katniss swoim przykładnym zachowaniem podczas tournee zwycięzców nie tylko powstrzymała ferment w społeczeństwie dystryktów, ale i przekonała jego samego, że w jej finalnej akcji na Igrzyskach nie było buntowniczego podtekstu. Katniss, dręczona sennymi koszmarami i rozdarta uczuciowo między Peetą i Galem, musi ochronić bliskich przez prawdopodobną zemstą Kapitolu, nie domyślając się, jaką okrutną niespodziankę los szykuje jej samej.

Autorce udało się utrzymać równie wysoki poziom, co w części pierwszej, a może nawet wspięła się wyżej, bo od słuchania było mi się znacznie ciężej oderwać. Jedyne, co mnie nieco drażniło, to pewna maniera lektorki (w pierwszej części mnie zachwyciła, ale tu zaczęłam mieć zastrzeżenia). Zdaję sobie sprawę, że Katniss przytrafia się wiele koszmarnych rzeczy, że dręczą ją wspomnienia i wydarzenia bieżące, ale nie należy ona do osób płaczliwych, więc czytanie co drugiej kwestii drżącym, łamiącym się i nabrzmiałym łzami głosem szybko mnie zirytowało. Jest jeszcze tyle innych emocji: strach, ból, niepokój, niepewność, tez można je uwzględnić, zwłaszcza jeśli dalej jest dopowiedzenie "powiedziała cicho, pomyslała z żalem, itp." Do treści nie mam zastrzeżeń.

sobota, 08 maja 2010
Tym razem dla dzieci

Ostatnio obejrzałam zdumiewającą, biorąc pod uwagę fakt nieposiadania potomstwa, liczbę filmów dla dzieci. Podaję w  kolejności zgodnej z moją oceną:

SERIA NIEFORTUNNYCH ZDARZEŃ

Uwielbiam całą serię książek Lemony'ego Snicketa "The Series of Unfortunate Events", pełną cudownego absurdalnego humoru, z przewrotną historią, wciągającą tajemnicą i nieprawdopodobnymi pomysłami.  Nie czytałam polskiego tłumaczenia, ale obawiam się, że w polskiej wersji książka wiele traci, bo składa się w dużej mierze z nieprzetłumaczalnych angielskich gier językowych. Polecam więc przede wszystkim tym, którzy mogą zmierzyć się z oryginałem - mimo że adresowana jest dla dzieci, podejrzewam, że to dorośli mogą odkryć w niej więcej smaczków.

Ale zasadniczo miało być o filmie, który jest ekranizacją trzech pierwszych tomów: Rodzeństwo Baudelaire, Violet, Klaus i Sunny, zostają sierotami, kiedy ich rodzice giną w tajemniczym pożarze. Trafiają do hrabiego Olafa, który okazuje się czyhać tylko na fortunę odziedziczona przez rodzenstwo i posunie się do każdej podłości by ją zdobyć. Mimo że dzieciom udaje sie wyrwać spod jego "opieki", to nie koniec ich kłopotów. Kolejność wydarzeń w filmie nieco zmieniono i nie może równać się, moim zdaniem, z pierwowzorem, niemniej jest dobry, a do tego zachwyca wizualnie. Spodoba się nie tylko wielbicielom książek.

FANTASTYCZNY PAN LIS

Film powstał na podstawie powieści Roalda Dahla, co moim zdaniem samo w sobie gwarantuje wysoki poziom (uwielbiam jego książki). Tytułowy Mr. Fox i jego żona w młodości prowadzili wysoce ryzykowny żywot, wykradając kury i inszy drób z gospodarstw wiejskich. Ustatkowali się, kiedy na świecie pojawił się ich pierworodny, Ash. Jednak kiedy syn podrósł Mr. Fox, przechodząc chyba kryzys wieku średniego, zatęsknił za podniesioną adrenaliną i postanowił w tajemnicy przed żoną powrócić do dawnego procederu, co okazało się mieć niezwykle daleko idące konsekwencje. W dodatku, Ash czuje się niedoceniany przez rodziców, a w domu zjawia się konkurent - naturalnie uzdolniony kuzyn Kristofferson.

Zdumiewająco mało hollywoodzka bajka, wykonana techniką stop-motion, czyli wizualnie Miś Uszatek XXI wieku, a fabularnie Ocean's Eleven. Dialogi, fenomenalnie zdubbingowane przez m.in. George'a Clooney'a i Meryl Streep, zupełnie nie przypominają typowych bajek dla dzieci i równie dobrze mogłyby znaleźć się w filmie obyczajowym, zwłaszcza te dotyczące relacji bohaterów z latoroślą, oraz kontaktów między Ashem a kuzynem. Na ogół nie lubię bajek o zwierzątkach poprzebieranych za ludzi, ale tym razem dałam się uwieść.

KUNG FU PANDA

Bajka, która zupełnie nie zainteresowała mnie, kiedy weszła do kin, bo historia misia pandy walczącego kung fu wydawała mi się bardzo mało pociągająca (zwierzątka przebrane za ludzi po raz kolejny), okazała się gigantycznym zaskoczeniem - to chyba jedna z najlepszych animacji, jakie widziałam (tu należy uwzględnić fakt, że jestem fanką klimatów przyczajonych tygrysów i ukrytych smoków).

Sympatyczna, ale bardzo łakoma i niezdarna panda imieniem Po śni o byciu mistrzem kung fu. Nieprawdopodobny przypadek sprawia, że zostaje uznana za Smoczego Wojownika, mistrza sztuki walki, który będzie zmuszony obronić swoją wioskę przed okrutnym i mściwym Tai Lungiem. Mimo że historii "od zera do bohatera" było już wiele, ta została przedstawiona wyjątkowo wdzięcznie, wizualnie jest urokliwa, ma świetną ścieżkę muzyczną i mnóstwo poczucia humoru. W dodatku nie zauważyłam tu nieustannego puszczania oczka do dorosłego widza, jak to bywa coraz częściej w przypadku animacji dla dzieci, na zasadzie "dziecko nie zrozumie, a ty się pośmiej, rodzicu", historia jest po prostu na tyle uniwersalna, że trafi do widzów w każdym wieku.

KSIĘŻNICZKA I ŻABA

To kolejne zaskoczenie, bo po tak oklepanym temacie nie spodziewałam się wiele - jedynym oryginalnym elementem miał być kolor skóry księżniczki. Tymczasem historia Tiany to bynajmniej nie banalna opowieść o dziewczęciu czekającym na księcia. Tiana, zwykła niebogata młoda dziewczyna, wcale nie czeka na księcia, bo wie, że tylko własna ciężka praca pozwoli jej zmienić swoje życie. Haruje więc ciężko by uzbierać środki na otwarcie własnej restauracji. Przypadkiem trafia na bal na którym mają się odbyć zaręczyny jej przyjaciółki z dzieciństwa, bogatej Charlotty, z księciem Naveen, przystojnym i utytułowanym, ale niezbyt odpowiedzialnym młodzieńcem. Tam natyka się na pewną żabę, która prosi o pocałunek, z oporami spełnia jej prośbę i... wpada w gigantyczne tarapaty. Historia rozgrywa się w latach 20. XX wieku w Nowym Orleanie, przy obłędnym muzycznym podkładzie.  Wizualnie film jest zachwycająco dopracowany, mimo że wykonany w tradycyjnej technice, na głowę bije wszelkie 3D. Przypomniał mi takiego Disney'a, na jakim się wychowałam.

ASYSTENT WAMPIRA


Dwóch młodych przyjaciół, Darren i Steven, trafia pewnego wieczoru na przedstawienie Cyrku Odmieńców (najlepsza scena filmu). Zafascynowany wampirami Steven rozpoznaje w gospodarzu przedstawienia, Creapsley'u, jednego z nich, uwagę Darrena przyciąga natomiast gigantyczny pająk Madame Octa. Wkrótce potem Steven zostaje ugryziony przez pająka, a Darren, aby ratować mu życie, zgadza się zostać wamiprem i asystentem Creapsley'a oraz zamieszkać w cyrku. Uzdrowiony Steven zazdrości mu tego losu (sic!), co sprowadza go na bardzo złą drogę...

Film nakręcono ponoć na podstawie trzech pierwszych części serii książek Darrena Shana - nie czytałam, ale podejrzewam, że wersja literacka może być lepsza niż filmowa. Na ekranie historia wydaje się całkowicie nieprawdopodobna (nie, wampiry nie są nieprawdopodobne same w sobie. W świecie fantazji wszystko jest prawdopodobne, ale zależy jak podane), wydarzenia pędzą bez składu i ładu, wyglądają jak seria kolorowo migających obrazków i trudno którekolwiek wydarzenie głębiej przeżyć, o utożsamieniu się z bohaterami nie wspominając. Nie udało się tutaj to, co powiodło się w przypadku Snicketa - streszczenie trzech tomów w dwie godziny, a w dodatku odmalowanie absurdalnego świata w sposób wiarygodny. Mimo kilku zabawnych scen i kilku udanych rozwiązań plastycznych, jest to film, którego oglądanie można sobie odpuścić. No, ewentualnie można zerknąć na Salmę Hayek z brodą...

kontakt: edytamo@gmail.com


Klasyka Młodego Czytelnika Spis moli


Co czytać?

Lubię czytać


Fight World Hunger