Kategorie: Wszystkie | czytaj | jedz | oglądaj | przeżywaj | tańcz
RSS
środa, 28 kwietnia 2010
"Kaznodzieja" Camilla Lackberg

Patrick, narzeczony Ericki, bohaterki pierwszej części Czarnej Serii, staje przed zadaniem rozwikłania tajemnicy morderstwa. W Wąwozie Królewskim odnalezione zostają zwłoki dziewczyny. Zagadka może mieć związek z zaginięciem dwóch młodych kobiet, do którego doszło ponad dwadzieścia lat wcześniej. Fjällbacka — małe nadmorskie miasteczko, żyjące z turystyki, przestaje być bezpieczne. Znika kolejna dziewczyna i zaczyna się wyścig z czasem. Tropy prowadzą do miejscowej rodziny o niezwykle skomplikowanych relacjach, potomków pewnego Kaznodziei, cudownego uzdrowiciela lub... pospolitego oszusta.

Dość dobry kryminał, ze sprawną zagadką, ale żadna rewelacja, wyróżniająca się na tle innych — porównania do Millenium zdecydowanie na wyrost.  Najbardziej podobało mi się tło intrygi, sprawnie sportretowane małe miasteczko i jego mieszkańcy, a także wątek ciężarnej Eryki i z poczuciem humoru zrelacjonowany najazd gości w okresie turystycznym. Nieco drażniły ograne zabiegi: autorka nieustannie informuje, że bohater właśnie otrzymał kluczowe informacje, doznał przebłysku intuicji, wszystko zrozumiał i powiązał, ale treści tych informacji nie wyjawia. Takie "wiem, ale nie powiem, żeby was potrzymać w napięciu" — zabieg działa, ale jest nadto oczywisty. Do tego książka wręcz krzyczy o porządną redakcję językową. Być może to styl autorki jest taki irytująco chaotyczny, ale wydaje mi się, że na etapie wygładzania tłumaczenia doszło do poważnych zaniedbań. Miałam ochotę w trakcie lektury robić korektę na marginesach... Nad kolejną częścią ("Kamieniarz") raczej się zastanowię.

A thing of heart-stopping beauty

Obiecałam sobie, że będę wrzucać więcej recenzji książkowych, a mniej filmowych, co jest trudne, bo filmy jednak ogląda się szybciej, a co za tym idzie w większej ilości (zwłaszcza jeśli najbardziej lubi się książki pięciusetstronicowe). Inaczej będę zmuszona zmienić tytuł bloga na Jedz, tańcz i oglądaj ;) Ale złamię się znowu i nie dość, że napiszę o filmie, to o takim, którego jeszcze nie oglądałam. Po prostu muszę się tym z kimś podzielić. Mowa o "The Single Man" w rezyserii Toma Forda. Pamiętam recenzję tego filmu u Chihiro, która wspominała o jego wielkiej urodzie, ale że fabuła nie z tych, które mnie jakoś szczególnie pociągają, to nie rwałam się do seansu. Aż do dziś. Najpierw natrafiłam tutaj na urzekającą muzykę, a potem, podążając tym tropem, na zwiastun. No i poległam. Obejrzałam go już chyba ze dwadzieścia razy i nadal zgadzam się z oceną Wendy Ide (cytat z jej wypowiedzi jest tytułem wpisu) — każde ujęcie jest po prostu dziełem sztuki. Każda klatka oszałamia urodą. Mogłabym pociąć trailer na kawałki i wytapetować sobie zdjęciami mieszkanie (zwłaszcza ujęcie z niebieskimi bucikami). Tak, wiem, że wyreżyserował go projektant mody, ale nie spodziewałam się takiego efektu. Jeśli fabuła mnie skrajnie nie wciągnie, to chyba obejrzę go bez głosu, jak ruchomy obraz ;)

PS. Muzykę skomponował Abel Korzeniowski i Shigeru Umebayashi. Wyrazy uznania.

 

 

wtorek, 27 kwietnia 2010
"Zupa z granatów" Marsha Mehran

Trzy siostry, Mardżan, Bahar i Lejla Aminpour, które kilka lat wcześniej zmuszone były uciekać z ogarniętego rewolucją Iranu, przybywają do małego irlandzkiego miasteczka Ballinacroagh, gdzie otwierają egzotyczną knajpkę Cafe Babilon. Kolorowa, pachnąca przyprawami kawiarnia nie wszystkim przypada jednak do gustu, a dla wielu od uroku bohaterek ważniejszy jest ich odcień skóry. W dodatku cień przeszłości nadal podąża za siostrami Amnipour. Czy uda im się odnaleźć w Irlandii swoje miejsce na Ziemi?

Przyjemna książka, której fabuła nieodparcie budzi skojarzenia z "Czekoladą". Niekoniecznie jest to jej wada, lubię takie klimaty — ucieczka od mrocznej przeszłości do małego sennego miasteczka, walka o budowę swojego życia na nowo, wiara, nadzieja, miłość i ... jedzenie. Powieść nie jest przesłodzona, irlandzkie miasteczko nie jest rajem, do którego trafiają zmaltretowane dusze, tu także dzieją się złe rzeczy. Autorka wprowadziła nieco realizmu magicznego (perskie potrawy mają moc budzenia uśpionych marzeń, a najmłodsza z sióstr od urodzenia pachnie wodą różaną i cynamonem), ale dobrze oddała także realia — mieszkańcy borykają się z własnymi problemami, biedą, brakiem spełnienia, kłótniami w rodzinie i nietolerancją.

Dla mnie największą zaletą książki były obłędne opisy jedzenia i przypraw, to nadało jej zupełnie nową wartość, bez której moja ocena książki byłaby znacznie niższa. Bo uważam, że książka oparta jest o doskonały pomysł, który nie został wykorzystany. Wiele wątków prosiło się o rozwinięcie, wiele postaci o pogłębioną analizę, zderzenie kultur o wnikliwszy opis. Mogło wyjść dzieło naprawdę dużego formatu, a wyszło miło i sympatycznie, ale do szybkiego zapomnienia. Chętnie przeczytam dalszy ciąg, ale po kilku tygodniach pewnie nic nie zostanie w mojej pamięci.

Na marginesie, bardzo spodobała mi się okładka. Cała seria z miotłą jest ładnie wydana, ale do tej jakoś szczególnie wyciągnęły mi się ręce. A dwa profile zauważyłam już po skończeniu lektury, wcześniej widziałam tylko samowar ;)

niedziela, 25 kwietnia 2010
"Igrzyska śmierci" Suzanne Collins

"Igrzyska śmierci", to chyba pierwszy polski audiobook, jakiego wysłuchałam. W UK miałam kontakt z angielskimi, były dostępne w bibliotekach i dość chętnie je pożyczałam, bo pozwalały  mi ćwiczyć rozumienie ze słuchu. Ale jeśli chodzi o nabywanie audiobooków, to jestem bardzo oporna. Książka jest przedmiotem, który ma jakąś magię, ma szeleszczące strony które można przewracać, można sobie ją kartkować do przodu i do tyłu, zakreślać fragmenty (jeśli ktoś praktykuje), wracać do ulubionych, czytać po 15 razy to samo zdanie. No i ładnie wygląda na półce ;) Chociaż biorąc pod uwagę ilość wolnego miejsca (zero) oraz powierzchnię jaką zajmuje audiobook (niewielka), może byłby słuszniejszym wyborem. W każdym razie, chęć oszczędzenia wzroku, dręczonego przez wiele godzin dziennie gapieniem się w komputer, spowodowała, że zaryzykowałam i zdecydowałam się "Igrzysk" wysłuchać. (Chociaż jak wiadomo od słuchawek psuje się słuch, więc już nie wiem, czy nie lepiej być tylko ślepą, a nie ślepą i głuchą). Ciężko szło, bo bajki na dobranoc od zawsze są dla mnie najlepszym środkiem usypiającym, więc na ogół odpływałam gdzieś po trzecim zdaniu, za co jednak absolutnie nie można winić ani treści ani formy audiobooka.

Początkowo trudno mi było się przyzwyczaić do żywiołowej intonacji Anny Dereszowskiej. Angielskie audiobooki, z jakimi miałam okazję się zapoznać, były na ogół dość drętwe, czytane bez większych emocji przez panów w średnim wieku. Tymczasem Dereszowska "weszła w rolę". Po chwilowym oporze przyzwyczaiłam się, a po wysłuchaniu całości nie wyobrażam już sobie innej interpretacji. Gdybym teraz czytała wersję drukowaną, i tak będę miała w głowie ten głos.

Bohaterka książki, 16-letnia Katnis Everdeen, mieszka wraz z matką i ukochana młodszą siostrą, Prim, w państwie Panem, które wyrosło na gruzach Stanów Zjednoczonych. Podzielone na 12 dystryktów i rządzone przez bezwzględny Kapitol, kultywuje okrutną tradycję dla upamiętnienia krwawej przeszłości. Co roku spośród młodzieży każdego dystryktu wybieranych jest dwoje, chłopiec i dziewczyna, którzy jako tzw. trybuci są zmuszeni wziąć udział w Głodowych Igrzyskach. Łącznie 24 młodych ludzi obu płci zostaje umieszczonych na gigantycznej arenie, na której walczą na śmierć i życie, aż zostanie tylko jeden zwycięzca. Cała jatka jest transmitowana przez telewizję i z zapartym tchem oglądana przez wszystkich mieszkańców Panem. Katnis trafia na arenę jako przedstawicielka dwunastego dystryktu — jakie ma szanse wobec przeciwników z bogatszych dystryktów, którzy od małego szkoleni byli do walki?

Po zakończeniu miałam mieszane uczucia. Z jednej strony, nie wybiję się ani trochę, byłam zachwycona lekturą. Akcja wciąga od samego początku i ani przez chwilę nie nudzi. Bohaterowie są zdumiewająco wielowymiarowi, jak na przygodową książkę dla młodzieży. Katnis budzi sympatię, będąc przy tym postacią zupełnie niesztampową. Wiele razy wydawało mi się, że wiem, jak coś się potoczy i zawsze byłam zaskakiwana. Do tego świat Panem jest fascynujący, nie jest to po prostu kolejna futurystyczna wizją przyszłości — zdumiewał mnie pomysłowością i wizualną plastycznością. Wczułam się w historię nawet nieco przesadnie:  kiedy zasnęłam podczas słuchania fragmentu o Katnis  na arenie i T. mnie obudził, zerwałam się z krzykiem z myślą, że ktoś mnie dopadł i juz po mnie :) (Na usprawiedliwienie dodam, że byłam wtedy ogólnie zestresowana, co sie pewnie przyczyniło).

Z drugiej strony, Głodowe Igrzyska to ichni, bardziej wyrafinowany Big Brother. Autorka wielokrotnie podkreśla znieczulicę organizatorów, widzów i mieszkańców Kapitolu, dla których prawdziwa śmierć dzieci jest tylko spektaklem, emocjonującym programem telewizyjnym. A co ja robiłam przez parę wieczorów? Tak samo jak oni śledziłam z zapartym tchem walkę. Tak samo jak oni zastanawiałam się, kto wygra, kto zginie i w jaki sposób. Przyjęłam zasady; skoro tylko jedno może przeżyć, kibicowałam Katnis, ze świadomością że oznacza to śmierć pozostałych 23 osób (tak, wiem, że fikcyjnych, ale jednak). No, taki literacki Big Brother...

Przy okazji, T. poinformował mnie, kiedy rozentuzjazmowana relacjonowałam mu treść książki, że pomysł Collins nie jest wcale taki oryginalny jak mi się zdawało. W 1999 r. japoński pisarz Kōshun Takami opublikował swoja powieść "Battle Royal", zawierającą bardzo podobną historię. W świecie przyszłości rząd co roku typuje jedna klasę szkolną, która zostaje wysłana na bezludną wyspę, gdzie przez trzy dni toczy się brutalna walka. Po upływie wyznaczonego czasu, tylko jeden z uczniów może zostać przy życiu. Na podstawie książki nakręcono film, podobno dość głośny. Jestem ciekawa ksiązki, ale nie wiem nawet czy wyszła po polsku, a zreszta chyba nie czuję się chwilowo na siłach brnąć przez kolejny tłum wyrzynajacej się młodzieży.

Drugi tom Collins czeka na półce, ale waham się, czy nie wstrzymać się aż ukaże się trzeci i ostatni i nie cierpieć męk oczekiwania. Byłoby to wskazane, biorąc pod uwagę zestaw książek czekających na przeczytanie, ale o tym następnym razem.

piątek, 23 kwietnia 2010
Światowy Dzień Książki

Z tej okazji wszystkim molom książkowym życzę imponujących stosików.

Źródło

16:01, lilybeth
Link Komentarze (5) »
czwartek, 22 kwietnia 2010
The Men who Stare at Goats (2009)

Niespełniony dziennikarz, Bob Wilton (Ewan MacGregor), postanawia przedostać się do Iraku, by tam szukać materiału na pasjonujący reportaż, a przede wszystkim udowodnić swój talent żonie, która go porzuciła. Los podsuwa mu temat, który przekracza jego najśmielsze oczekiwania. Szukając sposobu przekroczenia granicy z Irakiem, spotyka niejakiego Lyna Cassidy (George Clooney), ex-żołnierza sekretnej jednostki wojskowej New Earth Army, składającej się z prawdziwych wojowników Jedi, którzy posługują się telepatią, stają się niewidzialni, przenikają ściany i jednym spojrzeniem kładą kozy  na... hmmm... na bok. Ta eksperymentalna jednostka została założona w 1979 r. przez Billa Django (Jeff Bridges), który zauważył, że zabijanie, nawet wroga, wcale nie leży w naturze człowieka/żołnierza i uznał, że należy szukać innych sposobów prowadzenia wojen. Niestety  pozycja Billa została podważona przez jego własnego wychowanka (Kevin Spacey), który nie był tak skory do uznania hippisowskich ideałów swojego przełożonego. Bob, zafascynowany tą niewiarygodną historią, decyduje się ruszyć wraz Lynem z tajemniczą misją na iracką pustynię.

Premiera międzynarodowa filmu odbyła się w zeszłym roku, zdążył się już ukazać na dvd, a w Polsce nawet jeszcze nie wszedł do kin. Szkoda, bo to naprawdę dobry film. Co prawda nie ustrzegł się pewnych niedociągnięć — osobiście przyczepiłabym się do sposobu prowadzenia fabuły. Film powstał na postawie reportażu autorstwa Jona Ronsona i niestety tą "reportażowatość" bardzo w filmie widać. Brak schematu wstęp - zawiązanie akcji - rozwinięcie - punkt kulminacyjny - zakończenie. Miałam wrażenie, że akcja się zawiązywała, zawiązywała, zawiązywała, aż się... skończyła :) Niemniej, film odznacza się cudownym absurdalnym humorem na wysokim poziomie, no i ma George'a Clooney'a :) Mnie dodatkowo urzekło zakończenie, za które przyznałabym mu dodatkowe kilka gwiazdek, gdybym  tylko oceniała filmy w systemie gwiazdkowym.

A na dokładkę obrazek z mojej ulubionej strony Icanhascheezburger:

 

Człowiek, który gapił się na kozy / The Men who Stares at Goats, (2009)
reż. Grant Heslov

środa, 14 kwietnia 2010
Yes Man

Bohater, Carl Allen (Jim Carrey), przeciętny obywatel, urzędnik bankowy nie odnoszący żadnych sukcesów w pracy, rozwiedziony z żoną i sfrustrowany, izolujący się od przyjaciół i negatywnie nastawiony do świata, całkowitym przypadkiem odmienia swoje życie. Za sprawą dawnego znajomego trafia na spotkanie, na którym charyzmatyczny guru przekonuje go, żeby był "na tak" w stosunku do życia. Dosłownie. Carl zobowiązuje się, że na każde pytanie i propozycję, na które można odpowiedzieć "tak" lub "nie", odpowie "tak". Jeśli się złamie i odmówi, los się na nim zemści. Chociaż Carl zaczyna żałować swojej decyzji już w momencie opuszczenia spotkania, kiedy bezdomny prosi go o podwiezienie, rezultat nowego stylu życia okaże się zdumiewająco pozytywny. Carl właduje się w całą masę absurdalnych sytuacji, ale odnajdzie szczęście, a wreszcie odkryje, że... czasem warto powiedzieć "nie".

Film nakręcono na motywach pamiętnika brytyjskiego humorysty, Danny'ego Wallace'a, który opisał pół roku swojego życia, kiedy odpowiadał "tak" na propozycje, którym normalny człowiek by odmówił, w celu uczynienia swego życia bardziej interesującym, co mu się w istocie udało. Mam do tej historii osobisty stosunek, bo czytałam kiedyś artykuł na temat tej książki, może nawet pisany przez autora, nie pamiętam, który sprowokował mnie do przemyśleń. W rezultacie uznałam, że sama na ogół mówię "nie" i postanowiłam to zmienić (chociaż w granicach rozsądku),  co przyniosło zupełnie niespodziewany, ale bardzo przyjemny efekt.

Nie przepadam za Jimem Carreyem, jest niestety, jak dla mnie, za bardzo sobą w każdej produkcji. Aktor powinien być jak kameleon, a Carrey to Carrey, zawsze, zmienia się tylko nazwisko bohatera i tytuł filmu. Doceniłam go w "Truman Show", ale na tym koniec. Z tego powodu do "Yes Man" podchodziłam jak do jeża, ale rozczarowałam się przyjemnie. Nie jest to jakieś wielki dzieło, ale sympatyczny i krzepiący film, a przy tym autentycznie zabawna komedia.

Jestem na tak / Yes Man, 2008
reż. Peyton Reed

 
1 , 2
kontakt: edytamo@gmail.com


Klasyka Młodego Czytelnika Spis moli


Co czytać?

Lubię czytać


Fight World Hunger