Kategorie: Wszystkie | czytaj | jedz | oglądaj | przeżywaj | tańcz
RSS
środa, 31 marca 2010
"W wilczej skórze" Fred Vargas

Pewnego dnia życie mieszkańców małej wioski Mercantour we francuskich Alpach zostaje brutalnie zakłócone. Wilki zaczynają atakować owce. Zjawisko przybiera tak szeroką skalę, że mężczyźni decydują się na obławę. Jednak kiedy ginie Zuzanna, jedna z właścicielek stad, a na jej ciele widać ślady ogromnych zębów, zaczynają krążyć mroczne domysły. Czyżby wśród mieszkańców Mercantour żył wilkołak..? Staruszek (stróż owiec), młodzieniec (przybrany syn Zuzanny) i dziewczyna (jako szofer) ruszają w pościg rozklekotaną ciężarówką po krętych alpejskich drogach. Tymczasem wieści o rzezi docierają do paryskiego komisarza Adamsberga, byłego narzeczonego dziewczyny.

"W wilczej skórze" to całkiem dobry kryminał, w dodatku bardzo "francuski". Nie wiem, czy to tylko moje odczucie, ale mam wrażenie, że niektóre typy kryminałów są zlokalizowane geograficzne. Anglicy tworzą logiczne zagadki w małomiasteczkowej atmosferze, Skandynawowie dorzucają kwestie społeczne, Amerykanie stawiają na akcje i pościgi, a Francuzi lubią utkać w fabułę elementy nadprzyrodzone. Nie wiem, jaka tendencja przeważa wśród Polaków, bo wstyd przyznać, ale poza Chmielewska (bardzo specyficzną) nie czytałam chyba żadnego współczesnego polskiego kryminału. Ale zamierzam to nadrobić — może w ramach jakiegoś prywatnego wyzwania.

Niemniej z twórczością pani Vargas chętnie nawiąże bliższą znajomość. Tej książce dałabym ocenę tak ok. 4/6. Bardzo podobali mi się bohaterowie, sposób prowadzenia narracji, dobrze oddana atmosfera. Nieco za szybko i zbyt niespodziewanie przyszło rozwiązanie, zanim zbudowało się porządne napięcie i tylko tego bym się troszkę czepiała.

sobota, 27 marca 2010
Książki, których nie przeczytałam

Jakoś dawno nie zdarzylo mi się rzucić niczego w kąt po paru stronach, ale tym razem, w obliczu ilości tomów czekających na półce, straciłam cierpliwość.

Pierwsza książka to "Afrodyzjak" Anthony'ego Capella. Mówiłam już, że nie lubię romansów, z którego to względu pewnie mozna mi zarzucać brak obiektywizmu. Dostalam ją do ręki z informacją, że to lekka powieść o Włoszech i jedzeniu, co zabrzmiało zachęcająco. Włochy - tak, jedzenie - tak, romans - jakoś przecierpię. Ale się poddałam. Włochy opisane sympatycznie, jedzenie cudownie, ale historii zdzierżyć nie mogłam. Ponoć była ona oparta na sztuce "Cyrano de Bergerac". Możliwe, ale mnie wydawała się po prostu niezwykle trywialna i schematyczna, z gatunku tych, w których nic nie zaskoczy i które zmierzają do oczywistego rozwiązania. W związku z czym uznałam, że szkoda mi czasu i wolę raczej poczytać książkę kucharską o kuchni wloskiej.

Z tą pozycją rozprawiłam się jeszcze szybciej. Też trafiła w moje ręce przypadkowo, bo tematyka nie z tych, które mogłyby mnie zaciekawić. Ale ponieważ kiedyś zachwyciło mnie "Życie Pi", postanowiłam dać szansę autorowi. Niestety, opis dziecięcej kupki to nie jest to co mnie fascynuje ani w książkach, ani w życiu. To ostatnie może się zmienia w przypadku posiadania potomka, ale za literaturę piękną na ten temat podziękuję.

piątek, 26 marca 2010
The Secret Life of Bees

W ramach porządków przedświątecznych odnotowuję, że obejrzałam ekranizację "Sekretnego życia pszczół". Tym razem zaskoczenia nie było, w pełni zgadzam się z czytanymi wcześniej recenzjami. Film jest ładną, kolorową ilustracją do książki i niczym więcej. Nie jest niestety aż tak dobry jak książka, ani nie wnosi żadnej własnej wartości. Jest znacznie bardziej cukierkowy, czego apogeum jest dla mnie uwrażliwienie ojca bohaterki. Książkę trzeba przeczytać, film można obejrzeć w ostateczności.

"Julie i Julia" Julie Powell

Ta książka okazała się miłym rozczarowaniem. Sięgnęłam po nią zachęcona filmem, ale wyczytałam wcześniej tyle złych recenzji, a nawet moja własna siostra rzuciła ją w kąt po kilku stronach, że miałam jak najczarniejsze przeczucia. Które się nie sprawdziły.

Książka jest zupełnie inna niż film, skupia się właściwie wyłącznie na historii autorki i jej bloga. Scenek z Julią Child jest tylko kilka i są króciutkie. Niepokoiło mnie to, bo w filmie podobała mi się przede wszystkim historia słynnej kucharki, rewelacyjnie zagranej przez Meryl Streep, a irytowała mnie blogerka. Tymczasem w "bezpośrednim" kontakcie Julie Powell okazała się o wiele bardziej sympatyczna niz jej filmowy odpowiednik. Miała może tendencję do nieco rubaszno-naturalistycznych opisów, ale było to strawne. Zresztą może nie jestem obiektywna, bo uwielbiam czytać o jedzeniu — nawet takim, którego nie wzięłabym do ust. Przyznaję, że nie przypadł mi do serca rozdzial o wrzucaniu żywych homarów do wrzątku oraz krojeniu żywych krabów (sic!) i tylko go przekartkowałam, ale całość zrobila na mnie sympatyczne wrażenie. Nawet jeśli sens całego projektu, czy może trzymania się tak ściśle sztucznych założeń, jest dla mnie nieco wątpliwy. (Chociaż podobno chęć zrobienia czegoś jest wystarczającym uzasadnieniem, żeby to zrobić, którą to zasadę sama wcielam w życie, rzecz jasna w zakresie chęci nieszkodzących nikomu).

Na marginesie, dokonałam odkrycia, zapewne mało oryginalnego, że w amerykańskich książkach bohaterowie niepawdopodobnie dużo piją. I nie chodzi o detektywów przesiadujących nad szklaneczką w zadymionych barach, tylko o tzw. zwylkłych ludzi. Jestem w wieku bohaterki, a jakoś nie odczuwam potrzeby relaksowania się co dzień po pracy szklaneczką ginu. Lub kilkoma. Moze jestem w tym odosobniona, nie wiem. Popytam znajomych ;)

Prawdziwa Julie Powell wizualnie znacznie bardziej pasuje do stylu książki niż nieco "mimozowata" Amy Adams. A oryginalny blog The Julie & Julia Project można znaleźć tu.

czwartek, 25 marca 2010
A serious man

Podsumowując krótko, bardzo dobry film, ale nie aż tak dobry, jak mogłabym tego oczekiwać po braciach Coen. Za to reklamowany przez jeden z najlepszych trailerów jakie widziałam (o, np. tu).

Larry Gopnik to członek żydowskiej społeczności Stanów Zjednoczonych, profesor uniwersytecki, mąż i ojciec, prawy człowiek żyjący według zasad swojej religii. Pewnego dnia wszystko jednak zaczyna się walić: żona żąda rozwodu (w dodatku, jak się okazuje, ma romans z ich wspólnym znajomym), niezaradny, ale poczciwy brat okazuje się być w konflikcie z prawem, a jeden ze studentów pakuje Larry'ego w kłopoty. Larry, czując że sytuacja zaczyna go przerastać, postanawia szukać pomocy i wskazówki, jak żyć dalej, u rabinów.

Jak zwykle u Cohenów, film to parada niezwykle wyrazistych postaci, w dodatku doskonale zagranych (mój typ to Sy Ableman). To chyba największa siła filmu. Czegoś mi jednak zabrakło, w tym na pewno nieco lepiej zarysowanego zakończenia. Wbrew zapowiedziom, z którymi się spotkałam, nie jest to "najlepsza komedia 2010", bo nie jest to właściwie komedia, mimo sporej dawki humoru. Nie jest to też przypowieść filozoficzna o szukaniu sensu życia. Właściwie trudno określić gatunek. Trzeba jednak przyznać, że jest to ten rodzaj filmu, który pamięta się długo i który można obejrzeć wielokrotnie, zawsze znajdując nowe smaczki.

A serious man, 2009
reż. Joel & Ethan Coen

środa, 24 marca 2010
"Zaginiony symbol" Dan Brown


Tak, przyznaję się, czytuję Dana Browna. I w ogóle lubię książki przygodowe (za to nie lubię romansów). Do tego autora, a konkretnie do cyklu z Robertem Langdonem, przyciągają mnie dzieła sztuki wokół których kręci się akcja. Podobał mi się i "Kod Leonarda da Vinci", i "Anioły i demony", a także ekranizacja tej ostatniej (tzn. pamiętam, że mi się podobała, ale poza tym nie pamiętam nic więcej — taki to już rodzaj niewymagającej umysowo rozrywki).

"Zaginiony symbol" jest niestety słaby. Jestem w stanie zrozumiec, że oparty jest o ten sam sprawdzony schemat — Langdon zostaje wywleczony z łóżka i przewleczony samolotem na drugi koniec kontynentu, po którym to końcu biega z pewną panią (tym razem nie młodą, ale nadal piękną, mądrą i sprawną), a po piętach depcze im demoniczny zły charakter (jak wiadomo po każdego psychopatyczne przestępcę łatwo poznać po wyglądzie — a to albinos w habicie, a to łysy dryblas wytatuowany od stóp do głów), zaś zagadka rozpoczyna się od zwłok (w tym przypadku ich fragmentu). Niczego innego nie oczekiwałam, niemniej tym razem calość wyszła jakoś mniej zgrabnie.

Akcja rozgrywa się w Waszyngtonie i kręci się wokół ukochanego tematu wszystkich fanów teorii spiskowych, czyli masonerii. Przyjaciel Roberta Langdona, Peter Solomon, członek najwyższych kręgów losy masońskiej, zostaje uprowadzony, a jego porywacz żąda od Langdona, w ramach okupu, rozwiązania zagadki związanej z masońską symboliką i odnalezienia tajemniczego portalu. Pomoże mu w tym siostra Petera, pani naukowiec, przeprowadzająca tajemnicze doświadczenia z dziedziny noetyki.

Niestety, akcja jest niemilosiernie rozwleczona, bohaterowie ganiają z jednego budynku do drugiego bez chwili wytchnienia. Każdy rozdział dzieje się w innym miejscu, co jest sztuką, zważywszy, że rozdziały są w porywach dwukartkowe. W dodatku, dotychczasowa maniera, którą traktowałam z przymróżeniem oka, czyli kończenie każdego rozdziału w momencie, kiedy bohater właśnie odkrył-zrozumiał-rozwikłał mrożącą krew w żyłach tajemnicę, uległa nieznośnemu zintensyfikowaniu. Jak wspomnialam, rozdziały długie nie były, czyli wypadało, że co dwie kartki któryś z bohaterów doznawał objawienia. W dodatku, kiedy trzy rozdziały później autor odkrywał wreszcie przed czytelnikami, o jaką to wstrząsającą tajemnicę chodziło, okazywala się ona miałka i bynajmniej niczego nie mroziła. I wreszcie, co już niewybaczalne, rozwiązanie całej intrygi też okazało się dziwnie mało emocjonujące.

Z plusów (były takowe, ostatecznie doczytałam do samego końca): 1. Waszyngton odkrył przede mną swoje nowe, ciekawe oblicze. Każdą książkę Browna czytam w pobliżu komputera, żeby na bieżąco wyszukiwać opisywane zabytki i dzieła sztuki. Stany Zjednoczone traktowałam dotąd dość lekceważąco, tymczasem budynki Waszyngtonu okazały się kryć w sobie całkiem ciekawą, nawet jeśli niedługą, historię. 2. Jak poprzednio, zostałam pobudzona do własnych poszukiwań — co z tego, co opisywał, było prawdą, co fikcją (chodzi, rzecz jasna, o tło historyczne, a nie wydarzenia bieżące). 3. Przedstawiona teoria filozoficzno-religijna była dość ciekawa. Oczywiście wszystko można z założenia uznawać za stek bzdur, jeśli tylko odbiega od przyjętego dygmatu, ale fajnie czasem się zastanowić "a co jeśli".

wtorek, 23 marca 2010
"Sherlock Holmes i mądrość umarłych" Rodolfo Martinez

Zasadniczo nie uznaję "dalszych ciągów" dopisywanych przez innych pisarzy niż autor oryginału. Zawsze uważałam, że bohaterowie "rodzą się" i "żyją" w głowie pisarza, więc co się z nimi dzieje po ostatniej stronie książki może wiedzieć tylko on sam. Inna sprawa, że czasami mam ochotę wrócić do zapamiętanej atmosfery, nie czytając jednocześnie po raz n-ty tego samego tekstu. Z tego powodu uwielbiam wszelkie adaptacje i ekranizacje. Na podstawie jednej książki można nakręcić wiele zupełnie różnych filmów — każdy ma jednak coś z pierwowzoru.

"Sherlocka Holmesa i ..." zauważyłam na którymś blogu i zdziwiłam się, że ktoś porwał się na dalszy ciąg klasyka kryminału, w dodatku, jak się okazało, Hiszpan tworzący głównie fantastykę. Wkrótce potem egzemplarz (książki, nie Hiszpana) wpadł mi w ręce w antykwariacie. Nomen omen, książka jest "publikacją" odnalezionego w antykwariacie rękopisu doktora Watsona.

Fabuła jest na tyle dziwaczna, że powstrzymam się od streszczenia i ograniczę się do zacytowania tektu reklamowego ze strony księgarni merlin.pl:

"Zaintrygowany osobą dziwacznego norweskiego podróżnika Sherlock Holmes wplątuje się w niezwykłą aferę, która choć z początku sprawia wrażenie kolejnej z wielu londyńskich zbrodni, z czasem zatacza coraz szersze kręgi. Detektyw, wraz z nieodłącznym doktorem Watsonem, będzie musiał zanurzyć się w świat diabolicznych sekt, masonerii rytu egipskiego oraz mrocznych rytuałów, a wszystko to naprowadzi go na trop przeklętej i śmiertelnie niebezpiecznej księgi: Necronomiconu".

Autor zastosował ciekawy zabieg, zgrabnie wplatając w powieść bohaterów literackich innych powieści z tej samej epoki, a także prawdziwe postacie, w tym samego Conan Doyle'a — za to należy mu się plus. Atmosfera też była odwzorowana dość umiętnie.  Spodobało mi się oparcie tej powieści na trzech nierozwiązanych sprawach Sherlocka Holmesa, o których wzmianka znalazła się w opowiadaniu "Zabójstwo przy moście". Niestety, minusem jest to, co w powieściach detektywistycznych najważniejsze, czyli intryga — nieprawdopodobnie absurdalna. Cudownie zaskakujące (w oryginale) dedukcje Holmesa pozostały takimi tylko z nazwy. Tutaj były nieopartymi na żadnych przesłankach intuicyjnymi zgadywankami. Autorowi zabrakło niestety talentu Conan Doyle'a w zaskakiwaniu czytelnika nieco pokrętną logiką, bez uciekania się do sił nadprzyrodzonych, którymi jak wiadomo da się wyjaśnic wszystko. Tylko po co?

 
1 , 2 , 3
kontakt: edytamo@gmail.com


Klasyka Młodego Czytelnika Spis moli


Co czytać?

Lubię czytać


Fight World Hunger