Kategorie: Wszystkie | czytaj | jedz | oglądaj | przeżywaj | tańcz
RSS
wtorek, 23 lutego 2010
"Zachowaj spokój" Harlan Coben

Coben czytany po "Przekładzie" to jednak był zgrzyt. Za mało atmosfery, za dużo przemocy. Nie chcę demonizować, Coben nie należy do pisarzy, którzy przez trzy strony ciągną z lubością szczegółowy opis zmasakrowanych zwłok, ale i tak preferuję bardziej sherlocko-poirotowate zagadki. (Morał — nie czytać wszystkiego, co mi wpada w ręce albo się potem nie czepiać).

Książki Cobena mają tę dziwną właściwość, że ich tytuły i fabuła wylatują mi z głowy natychmiast po przeczytaniu ostatniej strony. Oznacza to, że nie potrafię po tytułach poznać, które książki przeczytałam (w moim przypadku to ewenement) — prędzej po okładce, ale i tak nie powiem, o czym była. Tym razem nastąpiło apogeum. Książkę skończyłam wczoraj, a dziś chcąc napisać recenzję musiałam przeszukać internet i znaleźć właściwą okładkę, żeby sobie przypomnieć tytuł. Znalazłam, po czym gotowa byłam iść w zaparte, że takiego tytułu nigdy nie widziałam i dopiero opis akcji przekonał mnie, że to właśnie musiało widnieć na książce (której nawiasem mówiąc nie mam pod ręką, inaczej moje poczynania byłby pozbawione sensu).

Nie znaczy to jednak, że aż takie to było złe dzieło. Było tylko bardzo... cobenowate. Po jego pierwszym thrillerze, który przeczytałam ("Nie mów nikomu") byłam zachwycona zdolnością autora do konstruowania, komplikowania, a następnie wyjaśniania zagadek. Niestety przy każdej kolejnej (nie czytałam tych z Myronem) okazywało się, że autor ma jeden sprawdzony patent. Dzięki temu wiem, że psychopaci jeżdżą furgonetkami, najczęściej w parach mieszanych oraz znają tajemniczy uchwyt polegający na uciśnięciu punktu za uchem (czy "gdzieśtam"), który zwala ofiarę z nóg w 5 sekund. A także, że nie ma co się przywiązywać do powoli wyłaniających się w trakcie czytania wyjaśnień, bo i tak wolta nastąpi na stronie przedostatniej.

Tym razem w konstruowaniu i komplikowaniu Coben przeszedł sam siebie. Mamy tu rodziców szukających nastoletniego syna, Adama, który uciekł z domu. Matkę jego kolegi, który popełnił samobójstwo (a może nie?). Inną matkę szukającą dawcy nerki dla chorego synka. Lekarkę tego synka. Mordercę zabijającego kobiety. Dziewczynkę, Yasmine, upokorzoną przez nauczyciela. Tegoż nauczyciela. Ojca Yasmine, któremu się z kobietami nie wiedzie. Podejrzany klub dla nastolatków. Oraz panią detektyw, Loren Muse, która próbuje się w tym wszystkim połapać. Rodzice Adama wyrastają na głównych bohaterów, ale innym też poświęcono sporo miejsca. Prędzej czy później okazuje się (sprawności w tym autorowi nie można odmówić), że wszyscy (WSZYSCY) bohaterowie połączeni są niewidoczną siecią powiązań — istna pajęczyna po prostu — i wzajemnie ponoszą odpowiedzialność za swoje nieszczęścia.

Doczytałam do ostatniej strony z ciekawością, jak też autor z tych namnożonych komplikacji wybrnie, ale nie sądzę, żebym treść na długo zapamiętała.

W sumie — dobra lektura dla zabicia nudy, a ja wybrzydzam, bo mam lepsze rzeczy w kolejce ;)

poniedziałek, 22 lutego 2010
"Przekład" Pablo De Santis

Książki z południowoamerykańskiego kontynentu mają w sobie jakąś nieuchwytną magię, urok przypowieści, baśni, nawet jeśli rozgrywają się w "oficjalnej" rzeczywistości. Przynajmniej w tych, które czytałam (a przyznaję, nie było tego aż tak  wiele) realizm zawsze ma maleńki dopisek "magiczny".

W połowicznie zrujnowanym hotelu, w nadmorskim miasteczku w Argentynie, odbywa się kongres tłumaczy, na który zostaje zaproszony główny bohater. Spotyka tam kilka sław, trochę dziwaków, rywala z lat młodości i dawną miłość (to ostatnie jest chyba regułą wśród bohaterów płci męskiej wyjeżdżających dokądkolwiek). Ospała atmosfera wykładów zostaje nagle zburzona, kiedy jeden z uczestników konferencji, niejaki Valner, wielbiciel okultyzmu, największy oryginał spotkania, zostaje odnaleziony martwy. I nie on ostatni...

Książeczka jest cieniutka, ma około 150 stron — starczyła mi akurat na jedno posiedzenie niedzielnym popołudniem. Potem zaczęłam kolejny kryminał (długie popołudnie to było), ale to "Przekład" cały czas siedzi w mojej głowie. Fascynują mnie pisarze, którzy potrafią wyczarować atmosferę miejsca, praktycznie nie używając opisów. Mam brzydki zwyczaj "przejeżdżania" wzrokiem przydługich opisów, bo moja wyobraźnia i tak wszystko lubi budować po swojemu. Tu nie było czego przejeżdżać, a i tak mam w głowie ten częściowo zrujnowany budynek, pochmurne niebo, zieloną wodę, wiatr na plaży, gwar na sali wykładowej — wszystko w nader niepokojącym wydaniu — i nie umiem się tego obrazu pozbyć. Troche mi ta atmosfera przypomniała "Dziewiąte wrota" Arturo Pereza-Reverte'a (jeden z moich ulubionych pisarzy zresztą).

Jako kryminał "Przekład" jest nietypowy, ale trzeba przyznać, że się sprawdził  — utrzymał mnie w napięciu aż do ostatniego wersu, co nie zdarza się często. Wydaje mi się jednak, że jego przedziwny urok opiera się nie na zgrabnej zagadce, ale na wierze w potęgę słowa. W bardzo dosłownym znaczeniu...

środa, 17 lutego 2010
Straszny film o potworach

Czy ktoś jeszcze pamięta nowozelandzki serial "Tajemnica wygasłych wulkanów", który leciał w telewizji jakieś  20 lat temu? W mojej świadomości zachowały się jakieś strzępki: ciemny opuszczony dom, tajemniczy samochód i przedziwny kisielowato-galaretowaty tunel, ale przede wszystkim nastrój nieprawdopodobnej grozy. Emisja przypadła na mój wiek bardzo wczesnoszkolny, dwie dekady od tego czasu minęło, tytułu nie zapamiętałam, więc nie miałam nadziei, że kiedyś się na to dzieło natknę. A jednak. Prowadziliśmy kiedyś z T. rozmowę o ukochanych filmach z dzieciństwa i w tym przypadku nasze wspomnienia okazały się zdumiewająco zbieżne. Uzgodniliśmy zeznania, obydwoje pamiętaliśmy mniej więcej tyle samo, ale dało nam to już jakąś podstawę do poszukiwań. Przekopanie internetu (nieco ciężko szukać posługując się hasłem "stary film o glutowatym tunelu") zostało uwieńczone powodzeniem — chodziło właśnie o serial "Tajemnica wygasłych wulkanów" ("Under the mountain") z 1982 r., który w Polsce był emitowany ponoć w 1989 r. Został zresztą nakręcony na podstawie książki autorstwa Maurice Gee. Ku mojemu ogromnemu żalowi serial okazał się praktycznie niedostępny, bo na dvd ukazał się chyba tylko w Nowej Zelandii. Książka też, z tego co wiem, nie została przetłumaczona, i można ją sobie najwyżej za dolary australijskie z odległego kontynentu sprowadzić.

Według Wikipedii (jako że sama szczegółów nie pamiętam) "serial opowiada o parze jedenastoletnich bliźniąt, Rachel i Theo Mathesonów, z którymi podczas wakacji kontaktuje się tajemniczy pan Jones. Twierdzi, że tylko oni są w stanie uratować świat przed zagrażającą mu zagładą ze strony niebezpiecznej rasy kosmitów".

Tymczasem okazało się, że Nowozelandczycy wyczuli moje odnowione zainteresowanie i nakręcili remake, którego, rzecz jasna, razem z T. niecierpliwie dopadliśmy.


Wszystko się zgadza. Bohaterowie to bliźnięta, Theo i Rachel, co prawda nieco chyba wyrośnięci w porównaniu z oryginałem, którzy podczas pobytu u wujostwa, mieszkających w okolicy pełnej nieczynnych wulkanów, zostają wplątani w niezwykłe wydarzenia. Odkrywają stary, pozornie opuszczony dom, czarny, niewiarygodnie śmierdzący samochód (sic!) oraz spotykają pewnego tajemniczego mężczyznę. A dalej są i kosmici, i glutowate korytarze, i walka o ocalenie świata.

 


Przez dominujący sentyment z dzieciństwa nie podejmę się oceny filmu, niemniej wzbudził on we mnie jeszcze silniejszą chęć obejrzenia oryginału i dokonania porównań. Oczywiście wiem, że dziecko inaczej niż dorosły odbiera ten sam film, i stąd pewnie moje wrażenie, że w tym starym wszystko było bardziej-więcej-straszniej. Ale jednak serial liczył sobie 8 odcinków, a film tylko półtorej godziny, więc nieco mało dla spotęgowania nastroju. Co prawda, moja rozpuszczona przez różne Avatary wyobraźnia miałaby pewnie problem z odbiorem efektów specjalnych à la lata 80. Z drugiej strony jednak, mimo efekciarskich niedostatków, nadal uważam że np. stary brytyjski serial o Narnii był znacznie bardziej nastrojowy niż współczesna wersja, więc kto wie, może i w tym przypadku…


Under the mountain, 2009
reż. Jonathan King

wtorek, 16 lutego 2010
Łańcuszkiem, łańcuszkiem...

Bardzo dziękuję bsmietance za zaproszenie do łańcuszka literackiego. Odpowiedzi poniżej:

1. Czy są autorzy, których książki gromadzisz wręcz obsesyjnie?

Ja generalnie obsesyjnie gromadzę książki :) Ale rzeczywiście są autorzy, których  nowości kupuję w ciemno, a nawet i "starości", które już wcześniej przeczytałam, i kupuję tylko po to, żeby je mieć na półce. Przychodzi mi do głowy: Małgorzata Musierowicz (zawiodłam się na ostatnich częściach Jeżycjady, ale następne i tak kupię), Terry Pratchett i Douglas Adams (mimo, że ogólnie mało fantastyki czytam). Dawniej, w czasach nastoletnich, gromadziłam także kryminały Chmielewskiej, ale po Wielkim Diamencie nic mi się już nie podobało, więc zarzuciłam.

2. Czy czytajac książkę załapałaś się na tym, że chciałabyś głównemu/głównej bohaterowi/bohaterce przyłożyć za głupotę?

Pewnie tak, chociaż jakoś nie mogę sobie przypomnieć szczegółów. Ostatnio miałam ochotę przyłożyć Geraldine z Przerwanego milczenia (najlepiej krzycząc przy tym "Trochę honoru, kobieto!"), ale to jednak była bohaterka poboczna.

3. Czy negatywne recenzje powieści potrafią cię skutecznie od niej "odstraszyć"?

Jeśli byłyby to wyłącznie negatywne recenzje, pewnie tak. No chyba, że dotyczyłyby książki bardzo lubianego przeze mnie pisarza. Ale na ogół opinie są jednak mieszane i wtedy wolę się sama przekonać.

4. Czy umiesz zatracić się w lekturze książki do tego stopnia, że zapominasz o bożym świecie?

Oczywiście, liczba książek, w których się zatraciłam jest współproporcjonalna do liczby spalonych przeze mnie garnków. Z tym, że to rzecz jasna zależy od książki. Jest wiele książek, które uważam za arcydzieła, a mogę się od nich oderwać w dowolnym momencie (np. żaden garnek nie ucierpiał przy "Hamlecie" i "Alicji w krainie czarów"), za to najlepiej przepadam w kryminałach. Jak dotąd dwie książki spowodowały, że zawaliłam mnóstwo spraw, bo nie zauważyłam upływu czasu przy czytaniu: Władca pierścieni i Imię róży.

Niestety, jako że w łańcuszkach jestem całkiem początkująca, nie mam wielkiego rozeznania, jakie pytania już padły i komu były zadane, więc może jakieś faux pas popełnię, niemniej spróbuję.

Moje pytania:

1.  Czy zdarza Ci się, że książka wzbudza u Ciebie tak silny lęk, że boisz się wstać nocą do łazienki, sprawdzasz, co siedzi pod łóżkiem i na wszelki wypadek przemykasz szybko na paluszkach?

2. Czy  myślałaś o napisaniu własnej książki? Jeśli tak, jakiego gatunku? Czy chciałabyś, by Twój styl literacki przypominał jakiegoś konkretnego pisarza?

3. Czy masz jakąś książkę, do której zawsze wracasz, kiedy masz chandrę i potrzebujesz pocieszenia? Czy w ogóle zdarza Ci się "zaczytywać" smutki?


Proszę o odpowiedzi: agnes_plus, tygryskę_bez_paskow i paper-lanterns

poniedziałek, 15 lutego 2010
"Can we agree to that?"

Uwielbiam kino drogi, podróże pociągiem i Adriana Brody'ego, więc „Pociąg do Darjeeling” aka The Darjeeling Limited” kusił mnie zanim jeszcze wszedł do kin. Nie udało mi się dotrzeć na seans — szczerze, gdybym chciała zobaczyć wszystko, co mnie interesuje, musiałabym porzucić dom i prowadzić wędrowniczy tryb życia, przemieszczając się nieustannie między kinem a księgarnią. Ale jestem bardzo szczęśliwa, że udało mi się go wreszcie dopaść.

Fabuła nie jest skomplikowana: trzej bracia wyruszają w podróż pociągiem po Indiach, której celem jest odnalezienie sensu życia (odnajdywanie sensu życia to też mój konik książkowo-filmowy :) ), a przy okazji także dawno nie widzianej matki. Ojciec zmarł rok wcześniej i od tego czasu bracia nie najlepiej się dogadują. Każdy z nich ma też zresztą własne problemy: jeden jest świeżo po wypadku, drugiego rzuciła dziewczyna, żona trzeciego spodziewa się dziecka. A gdzie jechać po odnowę duchową jak nie do Indii?

Akcja toczy się niespiesznie, zawiedzie się ten, kto oczekuje licznych przygód w egzotycznej scenerii albo głębokiego psychologicznego traktatu. Podróż egzystencjonalna jest to dość zwariowana, w towarzystwie jedenastu walizek i maszyny do pisania, kropelek przeciwbólowych, syropu na kaszel, słodkiej lemoniady i jadowitego węża. Nie jest to jednak komedia z gagami sytuacyjnymi, mimo że dużo w filmie poczucia humoru. Najważniejsze są dialogi, więc nie polecam tym, którzy nie lubią "gadanych" filmów. Ja lubię.  Zachwyciło mnie także tło. Do tej pory, pomimo zainteresowania jogą i ayurvedą oraz nadzwyczajnego upodobania do hinduskiej kuchni wegetariańskiej, nie pociągała mnie podróż do Indii, chociaż na każdym kroku stykam się z osobami, które właśnie stamtąd wróciły, właśnie jadą albo właśnie zbierają na wyjazd. Czuję, że to się chyba zmieni.

Przy okazji postuluję też o wprowadzenie indyjskich tapet w polskich pociągach...

Pociąg do Darjeeling / The Darjeeling Limited, 2007

reż. Wes Anderson

"Przerwane milczenie" Charlotte Link

Bardzo przyjemnym przypadkiem wpadł mi w ręce drugi kryminał Charlotte Link. Udało mi się pochłonąć go w dwa wieczory i chyba od razu przystąpię do poszukiwań trzeciego (bo chyba trzy się ukazały, o ile się nie mylę). Trzeba przyznać, że pani Link pisze doskonale książki. "Przerwane milczenie" jest jednak nieco inne niż "Ostatni ślad". W tej drugiej większy nacisk położony był na intrygę kryminalną, rozwiązywanie zagadki.  Pierwsza to przede wszystkim studium psychologiczne. Motywem przewodnim jest uzależnienie od drugiego człowieka.

Głowna bohaterka, Jessica, wyszła za mąż za rozwodnika z nastoletnią córką, Alexandra. Okazało się, że wraz z nim poślubiła też grono jego najbliższych przyjaciół: psychoterapeutę Tima i jego żonę Evelyn oraz adwokata Leona z żoną Patricią i dwoma córeczkami. Grupa przyjaciół ma zwyczaj spędzania wspólnie wakacji w urokliwym angielskim domu Patricii, odziedziczonym po dziadku. A dokładniej — jest to nie tyle zwyczaj, co wręcz wymóg i dotyczy wszystkich dni wolnych, wakacji i świąt. Jessica, która właśnie spodziewa się dziecka, zdaje sobie sprawę, że nigdy nie będzie miała swojego męża dla siebie, bo on nigdy nie zgodzi się wyjechać gdziekolwiek indziej i tylko we dwoje. Powoli pozbywa się różowych okularów i zaczyna dostrzegać niepokojące fakty. Jej mąż nigdy nie ma własnego zdania, zawsze dostosowuje się do grupy, bo najważniejsze dla niego jest to, co myślą o nim inni. Pozwala, żeby przyjaciele atakowali bezpodstawnie jego córkę i żonę. Nie stanie po ich stronie, bo to by źle wyglądało w oczach przyjaciół. Nadal jest też mocno związany z byłą żoną, Eleną, z którą rozstał się zresztą z winy przyjaciół — nie akceptowali jej, bo była zbyt niezależna. Jessica, która też ma własne zdanie i nie pozwala sobie włazić na głowę, uświadamia sobie, że jest coraz bardziej wyrzucana poza nawias grupy i może podzielić los byłej żony. Do tego Alexander ma w nocy koszmary, których przyczyn nie chce jej zdradzić, potajemnie kontaktuje się z byłą żoną, jego córka, która nie akceptuje macochy, ucieka z domu, a w okolicy pojawia się tajemniczy mężczyzna, który twierdzi, że jest nieznanym krewnym Patricii i domaga się połowy domu.

Od początku wiadomo, że dojdzie do morderstwa, ale autorka wystawia naszą cierpliwość na próbę — wydarza się to dopiero w połowie książki. Nie udało się autorce wzbudzić we mnie wątpliwości, co do osoby mordercy, od początku wydawało mi się to oczywiste, ale też miałam wrażenie, że nie o to chodziło. Ważniejsza była warstwa psychologiczna, skotłowane emocje, które doprowadziły do tragedii.  Tak jak wspomniałam wyżej — to książka o uzależnieniach. Z wyjątkiem Jessiki, każdy jest tu od kogoś zależny, występuje w relacji oprawca-ofiara, czasem w obu naraz. Autorka stworzyła bardzo wyraziste postacie. Bohaterowie potrafią być naprawdę niesympatyczni, denerwujący — wzbudzają silne emocje. Jednak Link zastosowała ciekawy zabieg. Wydarzenia na ogół przedstawiane są z punktu widzenia Jessiki, ale czasami głos oddawany jest innym postaciom. Pozwala to zobaczyć bohaterów nie tylko z boku, ale także od środka i poznać motywy, które nim kierują. Nawet jeśli ich postępowanie nadal nas irytuje, drażni, boli — zaczyna być zrozumiałe.

czwartek, 04 lutego 2010
"Ostatni ślad" Charlotte Link

 

Zaskoczyła mnie ta książka. Nie czytałam wcześniej żadnej powieści Charlotte Link, co więcej — nie czytuję w ogóle książek niemieckich autorów (bez premedytacji, tak jakoś wychodzi). Teraz uznałam, że pora się zaznajomić z nimi w ten oto przyjemnie kryminalny sposób. Okazało się, że "najlepsza książka roku 2008 w Niemczech" jest na wskroś brytyjska. Nie chodzi tylko o to, że akcja dzieje się w Wielkiej Brytanii i bohaterowie są Anglikami. Dość często stykam się z anglosaską literaturą, ale dopiero przy tej książce Wielka Brytania stanęła mi przed oczami, taka jaką ją pamietam (spędziłam tam dwa lata życia, w dodatku akcja rozgrywa się niedaleko miasta, gdzie mieszkałam). Atmosfera Londynu i małych miasteczek, drobiazgi życia codziennego — wszystko oddane było doskonale. Poza tym, jeśli chodzi o samą fabułę, zaskoczenie było równie przyjemne. Bardzo udana książka, z ciekawą, trzymającą w napięciu zagadką, doskonale zarysowanymi bohaterami i bogatym tłem. W dodatku objętościowo satysfakcjonująca ;) W przybliżeniu fabuła wygląda tak:

Młoda dziewczyna, Eloise Dawson, wybiera się z Anglii do Gibraltaru na ślub znajomej. Ze względów pogodowych loty zostają wstrzymanę. Eloise przyjmuję ofertę noclegu od nieznajomego i znika. Pięć lat później Rosanna, dziennikarka, na której ślub wybierała się Eloise, podejmuje śledztwo w tej sprawie. W międzyczasie policja znajduje okaleczone zwłoki dwóch  dziewcząt, a pewna młoda kobieta próbuje uciec przed dramatyczną przeszłością...

 
1 , 2
kontakt: edytamo@gmail.com


Klasyka Młodego Czytelnika Spis moli


Co czytać?

Lubię czytać


Fight World Hunger