Kategorie: Wszystkie | czytaj | jedz | oglądaj | przeżywaj | tańcz
RSS
sobota, 30 stycznia 2010
"Księżniczka z lodu" Camilla Läckberg

Akcja "Księżniczki..." ma miejsce w małym nadmorskim miasteczku Fjällbaka, na zachodnim wybrzeżu Szwecji. Erika Falck ma 35 lat, niepoukładane życie osobiste i zawodowe, a na głowie uporządkowanie rodzinnych spraw po nagłej śmierci rodziców. Jakby tego było mało, jej przyjaciółka z dzieciństwa, piękna Alexandra Wijkner, zostaje znaleziona martwa. Erika na prośbę rodziców Alex podejmuje próbę napisania wspomnienia o zmarłej, wplątując się tym samym w sam środek śledztwa. Okazuje się, że miasteczko aż kipi od tajemnic sprzed lat.

Bardzo się cieszę, że skandynawskie kryminały zrobiły się w Polsce takie popularne. Ten jest,  przyznaję, nieco słabszy, określanie go mianem najlepszego kryminału po sadze Larssona jest sporą przesadą, ale i tak czytało się go przyjemnie. Atmosfera małego nadmorskiego miasteczka została dobrze oddana, postaci były przekonujące, pojawiało się nieco wątków pobocznych, w tym problemów społecznych (przemoc w rodzinie). Dla odmiany pojawił się też wreszcie jakiś niesympatyczny i nieudolny komisarz policji. Słabszym ogniwem, niestety, była sama intryga. Chyba po raz pierwszy zdarzyło mi się odgadnąć rozwiązanie, zanim akcja na dobre się zawiązała. Trochę więc zabrakło mi elementu zaskoczenia i doczytałam książkę jako powieść obyczajową ;) Niemniej pewnie i tak skuszę się na kolejny tom, gdyż już taką niepoprawną fanką kryminałów jestem :).

piątek, 29 stycznia 2010
"I am very excited about it!"

Tak się złożyło, że filmy "Smażone zielone pomidory" i "Julie i Julia" udało mi sie obejrzeć w bardzo niewielkim odstępie czasu i zdumiało mnie podobieństwo ich przesłania: nie bój się niczego, rób to, co naprawdę chcesz i zmień swoje życie.


Julia Powell (Amy Adams) jest niedoszłą pisarką, niezadowoloną z pracy (rodzaj telefonistki w centrum pomocy ofiarom 11 września, z tego co zapamiętałam), z poczuciem braku celu w swoim życiu. Ponieważ jedyne, co, swoim zdaniem, potrafi, to pisać i gotować, postanawia połączyć obie pasje i za ich pomocą odnaleźć sens. Podejmuje postanowienie, że w ciągu roku zrealizuje wszystkie 524 przepisy z książki kucharskiej Julie Child (sławy amerykańskiej kuchni) "Mastering the art of French cooking", a swoje zmagania opisze na blogu.

Wątek ten przeplata się z historią samej Julie Child (Meryl Streep), która wraz z małżonkiem wyjeżdża do Francji, gdzie, jako kobieta pełna wigoru, zamiast być po prostu żoną przy mężu, postanawia znaleźć sobie zajęcie. Niemal wcale nie potrafi gotować, ale za to uwielbia jeść i potrafi docenić doskonałą kuchnię, więc  — pełna entuzjazmu i wiary we własne siły zapisuje się do szkoły dla profesjonalnych kucharzy.


To przemiły film i bawiłam się na nim doskonale. Wątek Julii-blogowiczki wciągnął mnie może nieco mniej, za to historia Julie Child była cudowna, w czym ogromna zasługa Meryl Streep. Co za fenomenalna aktorka, powinna za tę rolę otrzymać kilka Oskarów, bo jeden to za mało. Wykreowanej przez nią Julii nie sposób nie pokochać. Oprócz optymistycznego przesłania mnie osobiście pokrzepił fakt, niejako drugoplanowy, istnienia wspaniałych mądrych mężczyzn, wspierających swoje kobiety.


Film jest oparty na autentycznych wydarzeniach.

Julie i Julia/Julie & Julia, 2009

reż. Nora Ephron

"Don't you ever say never to me"

Na fali historii Daisy Fay i Celii poczułam chęć obejrzenia czegoś w południowo-amerykańskim klimacie, a pod ręką miałam akurat szczęśliwie ekranizację "Smażonych zielonych pomidorów" Fanny Flagg, jednej z moich ukochanych książek. Tak się jakoś dziwnie złożyło, że chyba nigdy wcześniej nie widziałam tego filmu w całości, mimo że w czasach, kiedy jeszcze byłam posiadaczką telewizora (względnie — byłam posiadana przez telewizor ;) ), puszczano go przynajmniej kilka razy.

Teraz obejrzałam porządnie od początku do końca i poczułam się... no właśnie — zawiedziona to za duże słowo, bo to niezaprzeczalnie dobry film. Niemniej ciche popiskiwanie duszy "ale-to-wcale-nie-tak-było" towarzyszyło mi nieubłaganie. Tak to już z ekranizacjami jest, że coś tam trzeba wyciąć, skrócić, uprościć i wypolerować, żeby się zmieścić w czasie, budżecie itp. No i wizja reżysera jest ważniejsza niż moja wizja, co jest, rzecz jasna, złem ;)

Akcja filmu prowadzona jest dwuwątkowo. Wątek pierwszy, współczesny (no, w miarę, jak by nie było, minęło od tego czasu około 20 lat) skupia się na Evelyn Couch, gospodyni domowej, z lekką nadwagą, w okresie menopauzy, w której związku ogień wygasł już dawno i nie udaje się go wskrzesić mimo usilnych starań (dodajmy — jednostronnych). Podczas wizyty w domu starców Evelyn spotyka drobniutką staruszkę, Ninny Threadgoode, rozmowy z którą, jak się okaże, bardzo wiele w jej życiu odmienią.

Drugi wątek to opowieść snuta przez Ninny o czasach jej młodości w małym miasteczku Whistle Stop w stanie Alabama. Bohaterką opowieści jest Idge Threadgoode, szwagierka Ninny, kobieta która znacznie wyprzedza swoje czasy, pije, pali, gra w pokera i nie boi sie niczego, ale zarazem jest ciepłą osobą o wielkim sercu, które nota bene oddaje innej kobiecie imieniem Ruth.

Film mówi przede wszystkim o przełamywaniu barier i konwenansów, tego co wypada, a co nie i bo-co-inni-ludzie-powiedzą. Mówi o nabieraniu pewności siebie, tak, żeby żyć w zgodzie z tym, co podpowiada dusza i serce, a nie otoczenie oraz o tym, że nigdy nie jest za późno na zmiany.

Mimo wszystko jednak żal mi było tych wszystkich pobocznych wątków książkowych, które w filmie się nie znalazły. Idgie miała liczną rodzinę, jej związek z Ruth był o wiele bardziej zawiły, historia samej Ninny tez była o wiele dłuższa niż ta w filmie (streszczona w dwóch zdaniach) i mnóstwo było drobnych ploteczek, charakterystycznych dla twórczości Fanny Flagg, sprawiających, że miasteczko żyło. Nie wiem też, czy nie czytając wcześniej książki odgadłabym, że Idge i Ruth łączyło coś więcej niż głęboka przyjaźń, chociaż dowiedziałam się, że film otrzymał nagrodę Gay & Lesbian Alliance Against Defamation, więc może ja tylko niespostrzegawcza jestem.

Główny wniosek, który mi się zawsze nasuwał po przeczytaniu książki to ten, że można być bardzo szczęśliwym bez względu na to, co nam się w życiu przytrafia, ile złych rzeczy na nas spada, bo tak naprawdę wszystko, co dobre i co złe jest w naszej głowie. Tego mi trochę w filmie zabrakło, ale myślę, że i tak warto.

Smażone zielone pomidory/Fried Green Tomatoes, 1991

reż. Jon Avnet

środa, 27 stycznia 2010
"Kolor purpury" Alice Walker

 

Znów nie udało mi się odnaleźć właściwej okładki — moja też była "filmowa" z Whoopi Goldberg, ale brzydsza. Nie przepadam za okładkami filmowymi, bo roszczę sobie prawo do wyobrażania sobie postaci odmiennie od wizji reżyserów (no, może z paroma wyjątkami, ale powściągliwie nie wymienię ;) ), niemniej po przeczytaniu "Koloru purpury", w jedno popołudnie zresztą, marzę o obejrzeniu ekranizacji. Chociaż jeśli zapewnia porównywalną dawkę emocji, to chyba trochę odczekam, bo mogłabym nie przetrzymać. Udało mi się nie zatytułować tej notki "Faceci to świnie" lub jakoś równie błyskotliwie, ale trzeba przyznać, że książka do płci przeciwnej nie zachęca.

Akcja powieści rozgrywa się w pierwsze połowie XX wieku, jej bohaterką jest Murzynka Celia. Książka ma postać pisanych przez nią listów, przez niemal całe jej życie — adresowanych do Boga i do siostry Nettie. Celie jest niewykształcona, więc jej język jest ubogi, niegramatyczny, pełen błędów (tłumacz moim zdaniem spisał się doskonale), ale treść przejmująca. Zaczyna się od kazirodztwa, a potem jest coraz gorzej. Celia przechodzi z rąk bezwzględnego ojca w ręce okrutnego męża. Wszyscy mężczyźni wyznają zasadę, że żona ma słuchać męża i należy ją bić tak długo, aż to zrozumie. Celia też jest bita, mimo że nigdy sie nie buntuje. Po ucieczce Nettie nie ma żadnej bliskiej osoby. Prowadzi dom, wychowuje czworo pasierbów (własne dzieci zostały jej odebrane), akceptuje bez słowa zdrady męża i nie oczekuje by los kiedykolwiek się odmienił. W jej życiu pojawia się jednak Cuksa Avery, kochanka męża i kobieta niezależna (wg słów jednego z bohaterów — bardziej męska niż wszyscy mężczyźni — chociaż bynajmniej nie z wyglądu), która wie, czego chce od życia. Za jej sprawą Celia sama odmienia swój los.

Książka, mimo swojej wstrząsającej zawartości, emanuje ogromną wiarą w możliwość wpływania na własne życie, wydostania się z najgorszego piekła dzięki sile woli, zmiany na lepsze pod wpływem otoczenia i... myślenia oraz w siłę kobiecej przyjaźni i wzajemnego wsparcia. Nikt nie jest tu wyłącznie zły lub dobry, postaci są wielowymiarowe (może do Nettie można by się przyczepić), ich charaktery ewoluują w miarę rozwoju wydarzeń, przez co są niezwykle prawdziwe. Mnie osobiście bardzo spodobał się wątek przemiany postrzegania przez Celię Boga, a nieco mniej wciągnął fragment afrykański.

Już dawno nie czytałam lektury zapewniającej taką ilość materiału do przemyśleń o własnym życiu. Podsumowując — książka, którą zdecydowanie należy przeczytać.

"Spirala śmierci" Leena Lehtolainen

"Lufa wycelowana była prosto w serce dziewczyny."

Szesnastoletnia gwiazda fińskiego łyżwiarstwa figurowego, Noora Nieminen, zostaje znaleziona martwa. O morderstwo podejrzani są ludzie z jej najbliższego otoczenia — wydaje się, że nikt z nich nie miałby motywu, by zabić, jednak każdy ma tajemnice, których ujawnienia chciałby uniknąć. Śledztwo prowadzi nadkomisarz Maria Kalio, która mimo zaawansowanej ciąży robi wszystko, by odnaleźć mordercę, zwłaszcza że dramat utraty dziecka jest jej teraz wyjątkowo bliski. A Noora nie jest jedynym skrzywdzonym dzieckiem, z którym styka ją los... 

Pierwsze zdanie jest z gatunku tych, które maja natychmiast przykuć uwagę — mnie nie zachwyciło, zbyt nachalne. Niemniej całą książkę czytało się bardzo przyjemnie. To porządny, prawdziwy kryminał, z dobrą zagadką, ale bez przesadnego rozlewu krwi oraz opisywanych z lubością okaleczonych wymyślnie zwlok. Dobra lekka lektura dla znudzonych grypowiczów, nie mogących skupić uwagi na niczym ambitnym, a potrzebujących oderwania od stosu chusteczek, tabletek, kropelków i syropków. Akcja była naprawdę wciągająca, bohaterowie wiarygodni, a zakończenie trudne do odgadnięcia. Plusem była główna bohaterka, nadkomisarz Maria Kallio, nie dość, że kobieta, to jeszcze w siódmym miesiącu ciąży — miła odmiana po tych wszystkich czterdziestoletnich facetach o poplątanych życiorysach, porzuconych przez żony, nieogolonych i zapijających wewnętrzną pustkę. Ostatnio coraz częściej w skandynawskich kryminałach natrafiam na wątek kobiecy, a zwłaszcza dyskryminacji kobiet w miejscach pracy. Brakowało mi tylko trochę  szerszego obrazu Finlandii. Chętnie dowiedziałabym sie o tym kraju i jego społeczeństwie czegoś więcej. Wielbicielom kryminałów polecam.

poniedziałek, 25 stycznia 2010
"Daisy Fay i cudotwórca" Fannie Flagg

Bardzo się cieszę, że sięgnęłam po tę książkę, mimo że nie bylo jej na mojej wyzwaniowej liście. Uwielbiam "Smażone zielone pomidory", ale zawiodłam się na "Bożym Narodzeniu w Lost River". Uznałam, że autorka pisze tendencyjne książki na tzw. "jedno kopyto" i obraziłam się na jej twórczość. Niniejszym bardzo przepraszam. "Daisy Fay i cudotwórca" to cudownie ciepła i krzepiąca, ale nie banalna czy powtarzalna książka.

Bohaterką i narratorką jest mała Daisy Fay Harper — na pierwszej stronie kończy właśnie jedenaście lat, a że jest dzieckiem gadatliwym, psotnym i zabawnym, oczekiwałam podświadomie południowoamerykańskiej Ani z Zielonego Wzgórza albo żeńskiego odpowiednika Tomka Sawyera w przełożeniu na lata 50. XX wieku. Błąd.

Książka ma postać pamiętnika. Akcja toczy się na przestrzeni siedmiu lat, więc obejmuje spory kawałek losów Daisy Fay i jej otoczenia. Bohaterka jest zdecydowanie przemiłą i zwariowaną dziewczynką, ale to, co dzieje się dookoła niej zjeżyło mi włosy na glowie. Z jej wesołej paplaniny wyłoniły się nagle kłótnie i rozstania, choroby, śmieć, morderstwa, rasizm, molestowanie, alkoholizm, bieda i złamane życie. Dosłownie nic z tak zwanego realnego życia nie zostało tam pominięte. Na którymś blogu padł pomysł adopcji Flawii de Luce — ja jestem zdecydowanie zwolenniczką adoptowania Daisy Fay.

Z pamiętnika Daisy wyłania się bardzo ciekawy obraz społeczeństwa amerykańskiego Południa w jego białej, ale niezamożnej części. Tym bardziej interesujący, że — mam wrażenie — większość pozycji dotyczy jednak głównie zagadnienia niewolnictwa. Tu wątek "kolorowych" pojawiał się sporadycznie. (A i tak było mi strasznie ciężko uwierzyć — tylko z powodu własnej naiwności, bo przecież kwestia amerykańskiego rasizmu nie jest mi obca — że akcja rzeczywiście rozgrywa się w XX wieku). Mimo wszystko, książka emanuje niezwykle pozytywną energią i nie jest to zasługą nieco zbyt bajkowego zakończenia.

PS. Pierwsze zdanie brzmi "Cześć" — raczej bez szans na zwycięstwo w konkursie na najlepsze pierwsze zdanie ;)

PS2. Nie udalo mi się znaleźć zdjęcia okładki mojej kopii książki (wyd. Zysk i Ska z 1998 r. — zresztą nijak się miała do treści), więc zmieszczam tę, która najbardziej mi się spodobała.

"Hakawati" Rabih Alameddine

"Słuchaj. Będę teraz twoim bogiem.
Pozwól, że zabiorę cię w podróż poza kres twej wyobraźni.
Pozwól, że opowiem Ci historię."


Rewelacyjna historia i magiczna podróż po obcej kulturze. Jeśli jeszcze nie dostała żadnej nagrody, to powinna. Każdą. Na razie wygrywa mój prywatny ranking najlepszych pierwszych zdań (w tym przypadku liczę cały zacytowany wyżej akapit). Na marginesie — drugie miejsce okupuje jak dotąd "The crimson petal and the white" Michaela Fabera z jego "Watch your step", które postawiło mnie w stan gotowości sekundę po otwarciu książki, a to się zdarza bardzo rzadko — niemniej zdarzyło sie i teraz. Koniec dygresji.

Książka ma dwie przeplatające się płaszczyzny: realną i magiczną. W realistycznej, współczesnej, akcja rozgrywa się w Libanie. Młody mężczyzna, Osama al-Charrat, przyjeżdża z Ameryki, żeby zobaczyć się z umierającym ojcem. Osama jest hakawatim, co w arabskiej tradycji oznacza opowiadacza historii. Był nim także jego, nieżyjący już, ukochany dziadek. Opowiadane przez nich obu historie o przeszłości, przodkach, przeznaczeniu i zdumiewających zbiegach okoliczności tworzą fascynujący obraz rodziny z galerią niezwykle barwnych postaci, splatając się jednocześnie z historiami magicznymi, rodem z baśni z tysiąca i jednej nocy, opowiadanych przy kawie i nargiliach ;) Historiami o sułtanach i wojownikach (a także wojowniczkach), niewolnikach i prorokach, złodziejach i dżinach, skradzionych niemowlętach, skarbach i podróżach przez pustynię.

Te baśnie zdecydowanie przeznaczone są dla dorosłych. Bohaterowie postępują okrutnie i niemoralnie, a często także nielogicznie (zresztą jedna z bohaterek realnych otwarcie sprzeciwia się dziwacznemu pomysłowi, żeby opowieści wykorzystywać dla celów dydaktycznych) — próżno w nich szukać morału. Dobry bohater nie jest "dobry" w europejskim, chrześcijańskim rozumieniu. Może zabijać i oszukiwać, ale muszą się dla niego liczyć: honor i więzy krwi. Podobnie zreszta, jak się okazuje, jest w realnym świecie "Hakawatiego".

Początkowa deklaracja okazała się nie być przechwałką. Autor był moim bogiem, stwarzając przed moimi oczami nowy, czasem wspaniały, czasem okrutny, ale bardzo interesujący świat.


 
1 , 2
kontakt: edytamo@gmail.com


Klasyka Młodego Czytelnika Spis moli


Co czytać?

Lubię czytać


Fight World Hunger