Kategorie: Wszystkie | czytaj | jedz | oglądaj | przeżywaj | tańcz
RSS
wtorek, 24 sierpnia 2010
Powrót i przeprowadzka

Bardzo dziękuję za wszystkie komentarze, które pojawiły się pod moją nieobecność, postaram się dziś odpowiedzieć, a po kolejne posty zapraszam pod adres:

http://jedztancziczytaj.blogspot.com

bo tam się właśnie przeniosłam. Mam nadzieję, że mi wybaczycie (kobieta zmienną jest i wybaczać jej to należy) i zajrzycie pod nowy adres. Ten blog oczywiście pozostaje, żeby można było sobie do starych wpisów (w pocie czoła przez siedem miesięcy tworzonych) zerknąć.  Zapraszam.

środa, 28 lipca 2010
Co czytać? - pomocy

Od pewnego czasu rzadziej pojawiam się na blogu. Przyczyna tego leży niestety nie w urlopie, a w koszmarnie depresyjnym nastroju, który mną ostatnio zawładnął. Próbuję sobie z tym radzić na różne sposoby, mam silne wsparcie w najbliższych, więc wcześniej czy później się wygrzebię. Mam jednak w związku z tym problem czyteniczy — książki są dobrą formą ucieczki od rzeczywistości, mogą zdecydowanie poprawić nastrój (chociaż na chwilę, ale to i tak dużo). Problem tylko w tym, że... nie wiem, co mam czytać. Mam półki pełne czekających kryminałów, ale odrzuca mnie od nich. Odpadają wszystkie książki o trupach i morderstwach, żeby nie wiem, jak były wciągające, o wojnach, rzeziach i globalnych nieszczęściach (czyli sporo literatury np. indyjskiej i afrykańskiej), o ciężkich dramatach życiowych i wszelkie ponure przemyślenia o sensie życia (jako że prowokują mnie do jeszcze bardziej ponurych). Potrzebuję literatury z gatunku krzepiącej, mówiącej "hej, głowa do góry, wszystko to bagno, ale niedługo będzie lepiej, a nawet jeśli nie, to posiedzimy w tym bagnie razem". Wczoraj weszłam do antykwariatu, uzbierałam stos książek, które od dawna chciałam przeczytać, po czym, tuż przed kasą, przejrzałam je pod kątem wpływu na mój nastrój i większość odłożyłam z powrotem na półki. Zostałam z Anne Siddons "Uciekłam na wyspę" i ... Panem Samochodzikiem. Powrót do literatury z lat szczenięcych dobrze się sprawdza jako część terapii — może dlatego, że znam te książki na pamięć i nic mnie w nich nie zaskoczy, a może  przypominają mi błogi stan dzieciństwa, kiedy życiowe problemy sprowadzały się do tego, jak nie skusić w grze w gumę. Wracam też do Jeżycjady.

W każdym razie Siddons wydaje mi się dobrym pomysłem, bo bohaterka wygrzebuje się dzielnie na powierzchnię po zdradzie męża, czyli całość ma ogólnie pozytywny wydźwięk (jak mniemam). Czy jest coś, co mogłybyście mi polecić? Wyjaśnię może na przykładach, co rozumiem przez krzepiącą literaturę. Na mnie takie działanie miały, m.in.: "Smażone zielone pomidory" F.Flagg, "Jedz, módl się, kochaj" E. Gilbert, "Kroniki portowe" A. Proux - czyli wszystko z gatunku, jak wydostać się z tarapatów i odnaleźć sens. Nieźle sprawdziły się też "Srebrna zatoka" J. Moyes i "Zupa z granatów" oraz "Woda różana i chleb na sodzie" M. Mehran, chociaż te podobały mi się nieco mniej. Do głowy przychodzi mi jeszcze "Czekolada", której dotąd nie czytałam — widziałam tylko film.

Jeśli macie jakieś swoje typy, podrzućcie je, proszę.

12:38, lilybeth , czytaj
Link Komentarze (23) »
wtorek, 20 lipca 2010
"Badyl na katowski wór" Alan Bradley

Kolejny tom przygód Flawii de Luce nie zawiódł, choć nieco mniej w nim opisów prywatnego życia bohaterki, czego mi akurat nieco było żal — akcja skupia się przede wszystkim na zagadce. Oto w miasteczku zatrzymuje się, zmuszony okolicznościami, znany z telewizji lalkarz, Rupert Porson, wraz z asystentką Niallą. Na prośbę proboszcza zgadza się dać w Bishop’s Lacey dwa przedstawienia. Bystra Flawia dostrzega tajemnicze powiązania łączące Ruperta z niektórymi mieszkańcami miasteczka. Dzięki temu, kiedy wkrótce wydarzy się tragedia, będzie w stanie rozwikłać nie tylko tę zagadkę, ale także tajemnicę sprzed lat, kiedy to, na skutek — ponoć — nieszczęśliwego wypadku, zginął mały chłopczyk, Robin Ingleby.

Trzeba przyznać, że autorowi znów udało się mnie zaskoczyć, podobnie jak w pierwszej części nie byłam się w stanie domyślić zakończenia. Bardzo spodobała mi się też postać nowo wprowadzonego bohatera — niemieckiego jeńca Dietera. No i nie można  nie wspomnieć o prześlicznych okładkach, chociaż ja akurat i pierwotnej wersji się nie czepiałam. Jeżeli już coś miałabym skrytykować, to dziwnie wyblakły brązowawy kolor użytego w treści fontu — być może współgrał z szatą graficzną, ale mnie było się ciężko do niego przyzwyczaić.

poniedziałek, 19 lipca 2010
"Woda różana i chleb na sodzie" Marsha Mehran

"Woda różana i chleb na sodzie" to kontynuacja "Zupy z granatów", o której można poczytać tu. Poznajemy w niej dalsze losy sióstr Amnipur: Mardżan spotyka interesującego irlandzkiego pisarza, Bahar przeżywa fascynację religią katolicką, a Lejla kontynuje związek ze swoim ukochanym - a że czuje się coraz bardziej dorosła, to i romans zaczyna wykraczać poza niewinne trzymanie się za ręce, co niepokoi wychowane w innej kulturze i obarczone zlymi wspomnieniami siostry. W dodatku przyjaciółka sióstr, dawna właścicielka kawiarni, Estelle Delmonico, znajduje na plaży tajemniczą "syrenkę", ledwie żywą, ale za to obdarzoną magicznymi mocami...

Książka, jak dla mnie, nie odbiega specjalnie poziomem od poprzedniej części. Tak się jednak stało, że jej lektura przypadła na naprawdę fatalny okres w moim życiu i być może dlatego odebrałam ją dużo lepiej od "Zupy z granatów". Spokój, aromat egzotycznych przypraw, mądrość płynąca z czytanego namiętnie przez Mardżan dzieła Awicenny i urok irlandzkiego miasteczka pozwoliły mi się zrelaksować i oderwać od ponurych myśli.

czwartek, 15 lipca 2010
"Dom w Riverton" Kate Morton

Książki Kate Morton, "Dom w Riverton" i "Zapomniany ogród",  były nie tak dawno bardzo popularne na blogach, a ich recenzje nader zachęcające. Tak się szczęśliwie złożyło, że akurat obie wpadły mi w ręce  — szczęśliwie, bo to typ lektury, jaki lubię czytać przy upałach ponad trzydziestostopniowych. Moja siostra przeczytała je pierwsza, zachwyciła się "ogrodem", natomiast "dom" uznała za znacznie słabszy. Wobec tego zaczęłam od "Domu w Riverton", zgodnie z zasadą, że deser zostawia się na koniec. No, bo jak najpierw przeczytam lepszą, to przy drugiej się rozczaruję, a tego nie chcemy, prawda? Właśnie.

Akcja książki rozgrywa się na dwóch płaszczyznach: na początku i końcu XX w. Współcześnie, do staruszki, imieniem Grace, mieszkającej w domu starców, zgłasza się pani reżyser, która kręci film na podstawie wydarzeń sprzed kilkudziesięciu lat, a które miały miejsce w posiadłości Hartfordów w  Riverton. W 1924 r. młody poeta odebrał sobie tam życie, czego świadkami były dwie panienki Hartford, Hannah i Emmeline. Grace była w młodości osobistą służącą Hannah, a obecnie jako ostatnia z żyjących pamięta tamten dom i jego mieszkańców. Wspomnienia przenoszą Grace na drugą płaszczyznę, do lat młodości, kiedy przed pierwszą wojną światową podjęła pracę pokojówki w Riverton. Po raz pierwszy od dawna, i prawdopodobnie ostatni  raz przed śmiercią, powraca do wydarzeń, o których przez lata starała się zapomnieć.

Spotkałam się z recenzjami "Domu w Riverton", które mówiły, że pierwsza część książki, ok. 350 stron, to rozwlekłe przynudzanie, a potem dopiero akcja chwyta i nie puszcza. Bardzo mnie to zdziwiło, bo moje wrażenia były skrajnie odwrotnie. Przez pierwsze 300 stron delektowałam się powieścią, fascynującymi opisami życia w posiadłości, codziennością, obyczajami. Obraz właścicieli widziany oczami służby przypomniał mi bardzo mocno mój ulubiony film "Gosford Park", którym zresztą autorka się inspirowała. Atmosfera była taka jak trzeba, leniwa, ale gęsta, lekko przymglona, z frapującymi aluzjami do przyszłości i tajemnicami przeszłości poutykanymi tu i ówdzie. Zastanawiałam się wręcz, czy to możliwe, żeby druga książka Morton była jeszcze lepsza. Po tej części, niestety, mój zachwyt oklapł. Panienki Hartford dorosły i historia zmieniła się w dość banalne romansidło. Czekałam, kiedy wreszcie akcja złapie mnie za gardło i wciągnie w wir, ale to nie nastąpiło. Wyjaśnienie pochodzenia Grace nie było dla mnie niespodzianką, bo wydawało mi się oczywiste od pierwszej aluzji, zaś opis tego, co doprowadziło do śmierci poety, pojawił się na samiuteńkim końcu i co prawda był nawet dość zaskakujący, ale ja już tak się wynudziłam miłosnymi dylematami bohaterek, że nie zrobił na mnie większego wrażenia.

Zdecydowanie najmocniejszą stroną książki była ujmująca atmosfera, doskonały opis obyczajowości i przemian, które następiły w codziennym życiu w związku z wojną. Także współczesne fragmenty o Grace, która zdawała sobie sprawę z tego, że nitka jej życia coraz bardziej przypomina delikatną nić babiego lata, były niezwykle nastrojowe i łapiące (mnie) za gardło. Sama tajemnica niestety raczej mnie zawiodła.

Teraz z nadzieją zerkam na "Zapomniany ogród". "Dom..." naprawdę miał ogromny potencjał, który nie do końca został wykorzystany, i mam nadzieję, że moje oczekiwania zaspokoi druga książka (chociaż będzie musiała zaczekać, aż rozprawię się z panną Flawią de Luce).

wtorek, 13 lipca 2010
"Smak świeżych malin" / "Zielone jabłuszko" Izabela Sowa

Pani Sowa odczekała się na recenzję chyba z miesiąc, ale ostatnio jakoś ciężko mi się zebrać do pisania. Temperatura otoczenia wywołuje u mnie niemoc umysłową — najpewniej na skutek roztopienia się, a następnie zagotowania szarych komórek.

Tak się jakoś dziwnie złożyło, że nigdy wcześniej nie czytałam żadnej książki Izabeli Sowy, chociaż szał na owocową trylogię przypadł akurat na czas moich studiów i każda koleżanka dzierżyła swój egzeplarz. Wtedy się jednak zaczytywałam ambitnie w "Nędznikach" Hugo (rewelacja, swoją drogą) i nie zamierzałam "zniżać" do litetratury popularnej, kobiecą zwanej, a poza tym nigdy nie lubiłam iść za tłumem. Jakiś czas temu dopadła mnie jednak chęć na coś lekkiego i polskiego, więc porwałam Sowę z biblioteki.

Zaczęłam od "Smaku świeżych malin". Książka to w istocie lekka nadzwyczaj, bo cała treść po kilku tygodniach wyparowała z mojej głowy. Nie da się ukryć, że targetem są ludzie w wieku około studenckim — mnie dylematy bohaterki-studentki, o apetycznym imieniu Malina, wydawały się boleśnie infantylne, czułam się przy niej stara, zgrzybiała i mądra ;) Chyba nawet jeszcze młodą i piękną studentką będąc, nie mogłabym się z nią utożsamić. Przy tym wszystkim jednak nie można odmówić autorce lekkiego i sprawnego pióra, a także dużego poczucia humoru, dzięki czemu książkę czyta się bardzo szybko i pozostawia ona po sobie pozytywne wrażenie, nawet jeśli niewiele więcej.

Dużo bardziej podobało mi się "Zielone jabłuszko" — książka, jak się okazało, wbrew mylącemu tytułowi nie będąca częścią trylogii, a do tego przeznaczona dla czytelnika jeszcze młodszego, bo nastoletniego. Bohaterka, 15-letnia Ania Kropelka, mieszka razem z dziadkami w miasteczku romantycznie zwanym Bajklandią. Nazwa kojarzy się z miejscem radosnym i kolorowym, ale to tylko złudzenia, bo akcja ma miejsce w okolicach 1986 r., a rzeczywistość jest szaro-bura i peerelowska. Ania przeżywa problemy typowe dla swojego wieku: nieporozumienia w szkole, kłopoty ze źle wybraną przyjaciółką, budzące się uczucie do kolegi, ale także charakterystyczne dla epoki, w której przyszło jej żyć, a które są niepojęte dla dzisiejszych nastolatków, jak choćby braki WSZYSTKIEGO w sklepach, powszechny pęd emigracyjny do Ameryki, który zabrał jej matkę, a także jedynie słuszne oficjalne poglądy wyznawane przez wielu dorosłych. Tło historyczne podobało mi się w tej książce najbardziej. Autorka sportretowała je nader sprawnie, posiłkując się  ironicznym poczuciem humoru w dużej dawce, dzięki czemu dzieje Ani nie stały się ani ponurą martyrologią, ani pustą komedyjką. Myślę, że to bardzo pouczająca lektura dla współczesnych rówieśników bohaterki, a dla dorosłych — podróż nieco sentymentalna, pozwalająca jednak przypomnieć sobie, że nie zawsze "za moich czasów wszystko było lepsze".

poniedziałek, 05 lipca 2010
"Mam łóżko z racuchów" Jaclyn Moriarty

Dramatis personae:

Fancy Zing, lat 34, mężatka, matka. Pisze książki erotyczne, ale zamierza stworzyć powieść, która otrzyma nagrodę literacką. Tymczasem tworzy listy rzeczy, za które nie lubi swojego męża, Radcliffa. Pewnego dnia znajduje w sypialni podejrzaną wiśniową skarpetkę z wyhaftowaną stokrotką — czy to mozliwe, że Radcliffe ją zdradza?

Marbie Zing, lat ok. 28, siostra Fancy, urzędniczka. Ma wspaniałego chłopaka Vernona, ale wikła się w romans, którego nie chce, z mężczyzną, który jej nie pociąga.

Cath Murphy, lat ok.23, nauczycielka w szkole podstawowej. Zakochuje sie bez pamięci, ale za to z wzajemnością, w koledze z pracy, który jest ucieleśnieniem jej marzeń. Z jednym małym wyjątkiem.

Cassie Zing, lat 7, córka Fancy, uczennica. Nie lubi, kiedy ojciec nazywa ją "utrapieniem", lubi powtarzać "brzydkie słowa", czym doprowadza do szaleństwa swoją nauczycielkę.

'Listen' Taylor, lat 14, siostra Vernona, uczennica. Odrzucona przez koleżanki, znajduje tajemniczą Księgę Czarów, która — być może — działa. Czy możliwe, że jest odpowiedzialna za wszystko, co wydarza się pozostałym bohaterkom?

Do tego trzeba jeszcze dorzucić wielki Sekret Rodziny Zingów, który wiąże wszystkie bohaterki, świadome tego lub nie. Początkowo delikatnie sygnalizowany, przewija sie przez całą powieść i wyjaśnia dopiero na końcu. Nie należy się jednak nastawiać na książkę o tajemnicy, bo nie to jest tutaj clou, chociaż rozwiązania byłam bardzo ciekawa. Najbardziej jednak przypadła mi do gustu kwestia magicznej księgi  i wyjaśnienie jej pochodzenia.

Nie spodziewajcie się zwykłej "obyczajowo-romansowej" opowieści o miłości i zdradzie. Po taką nigdy bym nie siegnęła. To przedziwnie zakręcona, magiczna opowieść.  Ma niebanalnie budowany czas akcji — relacje bohaterek, dotyczące tych samych wydarzeń, rozjeżdżały się czasowo o kilka tygodni, żeby "zjechać się" w jednym szczególnym dniu, a potem rozminąć na nowo. Poczatkowo namieszało mi to w głowie, ale po pewnym czasie wszystkie "puzzle" wskakiwały na swoje miejsce, a wydarzenia widziane z kilku perspektyw nabierały całkiem nowych znaczeń.

Wielbicieli Australii uprzedzam, że zbyt wiele się o tym kraju nie dowiedzą, powieść jest na tyle uniwersalna, że moglaby się dziać gdziekolwiek, chociaż — zabawny jest obraz Sydney sparaliżowanego opadami śniegu (4 cm) i temperaturą, która spada do... 0 st.

Wciągnęła mnie ta książka i zachwyciła. W pewien sposób kojarzyła mi się z lekko naiwną, ale bardzo pozytywną książką Anny Gavaldy "Po prostu razem". Nie jest dla każdego, niektórym sposób prowadzenia narracji może się wydać irytujący, ale warto spróbować. Bardzo polecam.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11
kontakt: edytamo@gmail.com


Klasyka Młodego Czytelnika Spis moli


Co czytać?

Lubię czytać


Fight World Hunger